Tętno Regionu - Gazeta powiatowa
poniedziałek, 06 Wrz 2010
Felieton
Lato – czas pracy, wypoczynku i złudnych nadziei PDF Drukuj Email

     Lato – dla jednych wakacje, słoneczne plaże, radość wypoczynku. Dla innych czas znojnej pracy, w doskwierającym upale, jak w rolnictwie, bądź przy gorących piecach, jak w hutach, czy elektrowniach. Dla jeszcze innych „sezon ogórkowy”, brak „niusów”, rutynowy bieg spraw publicznych, poszukiwanie przez media tanich sensacyjek i epatowanie nimi społeczeństwa. W tym roku było jednak trochę żywiej niż zazwyczaj. Mieliśmy wybory prezydenckie. Za chwilę będą wybory radnych, wójtów, burmistrzów, prezydentów większych miast. Wszyscy oni swym przedwyborczym zaangażowaniem nie pozwalają nam o sobie zapomnieć, choć nie zawsze mają coś sensownego do zaoferowania. Nasili się to jeszcze bardziej jesienią, krótko przed samym głosowaniem na tych najlepszych samorządowców, którymi nie zawsze są ci z pierwszych miejsc na wyborczych listach.
      Zajmijmy się jednak szczególnie ludźmi rolniczego trudu i konsumentami żywności. Nie wszyscy z nich mają dla siebie dobry czas. Już wiemy, że z winy anomalii pogodowych, zimowych nie wyłączając, kiepsko obrodziły owoce zboża, warzywa. Z pewnością jest to z niekorzyścią dla producentów, ale z jeszcze większą dla konsumentów. Ci pierwsi zrekompensują sobie częściowo niższe zbiory wyższymi cenami. Ci drudzy staną się po prostu biedniejsi, zwłaszcza mało zarabiający lub pobierający niewielkie emerytury lub renty. Na dodatek, jak na ironię, rząd serwuje nam wyższy podatek od towarów i usług – VAT, łudząc społeczeństwo, że na cenach żywności się to nie odbije. Produkcja i obrót żywnością to ciąg zdarzeń: wytwarzanie surowców, ich skup, przechowywanie, przetwarzanie, transport, handel. Wszędzie tam wzrosną koszty, a jeśli tak – to siłą rzeczy wzrosną ceny detaliczne artykułów żywnościowych.
Nie pocieszałbym Czytelników – jak to czynią niektóre media, że i tak mamy najtańszą żywność w Europie. Tak, ale tam wydatki na nią, biorąc pod uwagę wyższe zarobki, stanowią 10 – 15 % domowych budżetów. U nas ciągle jest to jeszcze około jednej trzeciej, a w rodzinach uboższych nawet więcej niż jedna trzecia budżetów.
      Tak więc przychodzi nam teraz płacić nie tylko za zawinione przez naturę nieurodzaje, ale także za nieodpowiedzialne obietnice polityków biorących udział w wyborach prezydenckich. Hojność kandydatów na ten urząd nie miała granic: a to więcej dla nauczycieli (bodajże już 30 procentowe podwyżki, a to przywileje dla innych grup zawodowych, a to ulgi dla studentów itd. Nauczycielom, owszem, trzeba dobrze płacić, ale zweryfikujmy najpierw ich liczebność, biorąc pod uwagę spadek liczby uczniów, rozpatrzmy sprawę wyższych płac w kontekście czasu pracy, który liczony czasem zajęć, sprawdzania prac uczniów, przygotowań do zajęć oraz czasem wakacji i tak jest o co najmniej jedną trzecią krótszy od efektywnego czasu pracy przeciętnego, nie gorzej wykwalifikowanego pracownika. Podobnie jest z innymi branżowymi przywilejami, których bronią nie tyle argumenty, co silne, lobbystyczne związki zawodowe.
W Stanach Zjednoczonych wskutek kryzysu obniżono płace pracownikom opłacanym z budżetu, a nadto zobowiązano ich do przepracowania 3 dni w miesiącu bezpłatnie. Zaś u nas, przy dziurze budżetowej wynoszącej 100 mld zł (nie mylić z deficytem budżetowym, który jest też wysoki, ale prawie o połowę mniejszy), gdzie kryzys wcale jeszcze nie jest zażegnany, szafuje się obietnicami na lewo i prawo. Obietnicami, na realizację których nas po prostu nie stać.
Życzmy sobie, aby nie było za późno na reformy finansów publicznych, za późno na oszczędności i za wcześnie na obietnice.

Ireneusz Krupka

 
O powodzi, także o powodzi słów i obietnic PDF Drukuj Email

      W ciągu 13 ostatnich lat dotknęły nasz kraj trzy powodzie, jeśli nie liczyć kolejnych trzech po każdej z nich. Myślę o powodzi słów i obietnic polityków, dotyczących wzmożenia działań i wydatków dla zapobieżenia skutkom podobnych powodzi w przyszłości. No i co? A no nic. Na słowach i obietnicach się skończyło. Miało być lepiej, a wyszło jak zawsze. Tegoroczne straty materialne, szacowane są na 10 - 12 mld zł. Podobne były w 1997 r. i nieco mniejsze w 2005 roku. Miliardy te spłynęły do morza. Tymczasem wystarczyłyby one na to, aby powodziom w znacznej mierze zapobiec, np. przez umocnienia obwałowań, budowę polderów, zbiorników retencyjnych, w tym tzw. suchych, na łąkach, na których można by gromadzić nadmiar wód z rzek, płacąc rolnikom – właścicielom tych łąk odszkodowania za utracone zbiory traw. Zaniechania w tych inwestycjach i przedsięwzięciach dały milionowe oszczędności, ale miliardowe straty. Nie licząc utraty życia dziesiątków osób, tragedii kilkudziesięciu tysięcy rodzin, z dnia na dzień tracących dorobek całego życia i dziś nie mających gdzie i po co wracać. Ubezpieczyciele pokryją obecne straty w wysokości zaledwie 300 – 400 milionów złotych. A kto pokryje resztę? My – podatnicy. Nie piszę o tym, żeby żałować powodzianom wsparcia ze strony państwa. Wręcz przeciwnie. Wsparcia tego państwo ma obowiązek udzielać.  Po to między innymi ono jest, aby pomóc przezwyciężać ludziom ich kłopoty, zwłaszcza jeżeli tych kłopotów samo im przysporzyło. Bądź to przez wydawanie decyzji lokalizacyjnych na terenach zagrożonych, bądź zaniechanie działań przeciwpowodziowych. Komisja Europejska zadeklarowała również wsparcie, wypominając jednocześnie kilku ostatnim polskim rządom, że nie wdrożyły unijnej antypowodziowej dyrektywy, dotyczącej prewencji, zapobiegania powodziom. Mamy więc przysłowiową sytuację – kowal zawinił, a Cygana powiesili. Zawiniły rządy, a polscy i unijni podatnicy za to zapłacą.
      Chcę wierzyć, że podatnicy – wyborcy pociągną do odpowiedzialności także polityków. Za rok wybory do parlamentu. Żaden z polityków: posłów bądź senatorów, którzy byli więcej niż dwie kadencje w parlamencie i nie zrobili nic, aby powodziom zapobiec nie powinni więcej się tam znaleźć. Tym wyborcom, którzy nie wiedzą jak ich rozpoznać, proponuję przyjrzeć się pierwszym miejscom na listach wyborczych. Najczęściej oni sie tam znajdują, że nie powiem, iż poprzez swoje wpływy w partiach, sami sie tam umieszczają.
    Jestem zwolennikiem rotacji kadr. Sam w przeszłości jej podlegałem. Był to zresztą jeden z postulatów na przełomie zmian ustrojowych w naszym kraju. Wołano wówczas, że pora skończyć z wieczystym pełnieniem funkcji publicznych itd. Remedium miała być dwukadencyjność. Tymczasem zastosowano ją jedynie w stosunku do prezydenta państwa, podczas gdy miała stać się powszechną zasadą, dotyczącą nie tylko prezydenta RP, ale wszystkich posłów, senatorów, radnych, prezydentów miast, burmistrzów i wójtów. Wszyscy bowiem kierownicy, w tym zwłaszcza funkcjonariusze publiczni z biegiem czasu się zużywają, wypala się ich energia. Tracą świeżość spojrzenia na sprawy oraz chęć do ekspansywnych przedsięwzięć, a gdy chodzi o funkcjonariuszy z wyboru - chęć do podejmowania przedsięwzięć pilnych, ale mało popularnych, grożących utratą głosów w najbliższych wyborach. Niekiedy wielokadencyjność powoduje wikłanie się funkcjonariuszy w różnorakie układy ze szkodą dla dobra wspólnego. Dwukadencyjność mogłaby temu wszystkiemu zapobiec. Tymczasem stanowiący prawo parlamentarzyści nie są tym zainteresowani z wiadomych względów. Na użytek wyborców mają zaś pseudoargument, że skoro się ich wybiera na kolejne kadencje, to znaczy, że się nadają do swoich ról, bo gdyby było inaczej wyborcy by ich tych ról pozbawili. Trele – morele. Skoro jednak tak mówią, to trzeba ich tych ról pozbawić, głosując na kandydatów z dalszych miejsc list wyborczych. Bo skutki powodzi, nie licząc innych zaniechań, dowodzą, iż ze swych ról, mających mieć na uwadze dobro wspólne – się nie wywiązali. I to by było na tyle. Życzę Czytelnikom należnego, wakacyjnego wypoczynku, a potem, przy kolejnych wyborach dobrej pamięci.

Ireneusz Krupka

 
Ludowe, Zielone Święta – dawniej i dziś PDF Drukuj Email

      W przedostatnią niedzielę maja, z udziałem mieszkańców Piły i okolicznych powiatów, ludowców, przedstawicieli władz, na czele z peeselowskimi posłami, starostą pilskim i jego zastępcą, a także wicestarostami sąsiednich powiatów odbyło się Wielkopolskie Święto Ludowe. Przypada ono tradycyjnie w 7 niedzielę po Wielkanocy, w Zielone Świątki. Święto zainaugurowała Msza Święta celebrowana pod przewodnictwem księdza dziekana Stanisława Oracza w kościele Św. Rodziny. Uświetniły ją poczty sztandarowe, orkiestry dęte, śpiewy i modlitwy. Modlono się przede wszystkim za rolników, ich pomyślność i udane zbiory. Nie zapomniano przy tym o ofiarach katastrofy pod Smoleńskiem i powodzianach. Poczuliśmy się znowu częścią narodowej wspólnoty.
       Potem uroczysty przemarsz uczestników obchodów Święta, w asyście sztandarów i orkiestry, przez miasto. Kwiaty składane przed pomnikami Jana Pawła II i Stanisława Staszica, przed obeliskiem upamiętniającym powrót ziem Północnych do Macierzy i dalsze uroczystości na wyspie okolonej przez Gwdę, zakończone zabawą ludową oraz koncertem zespołu „Wały Jagiellońskie”.

Więcej…
 
Życie jednych przemija, innych trwa dalej PDF Drukuj Email


Zwiędliśmy niedawno jak liście kwiatów, które obumarły. Kwiaty z należnym szacunkiem i honorami pogrzebaliśmy. My pozostaliśmy, odżywamy powoli, zdumieni długą listą przyjaciół na świecie, którzy nam się w tych dniach objawili. Koniec jest zawsze zaczątkiem nowego. Oby tym nowym było pojednanie Polaków z Polakami i Polaków z Rosjanami. Boję się jednak, że tak się nie stanie. C.K. Norwid pisał: „Polak jest wielki (zwłaszcza w sytuacjach nadzwyczajnych – dopisek I.K.), ale człowiek w Polaku jest mały”. Oby pozostał jak najdłużej, a najlepiej na zawsze, wielki.

Życie jednych przemija, innych trwa dalej. Najtrafniej wyrażali to Francuzi. „Umarł król, niech żyje król” – krzyczeli po śmierci jednego, obwołując nowego. Przejdźmy więc i my do naszych codziennych spraw.

Tygodnik „Polityka” opublikował „Raport – Z czego Polak żyje”. Omówmy go pokrótce i skomentujmy. Dobrą wiadomością Raportu jest to, iż realne dochody z gospodarstw domowych w ciągu ostatnich 15 lat wzrosły dwukrotnie. Żyje się nam więc ogólnie biorąc lepiej. Nie znaczy to jednak, że wszystkich stać na wszystko. Co piątemu Polakowi nie wystarcza na codzienny, pełnowartościowy posiłek i ogrzewanie mieszkania (średnia w UE 1:10). Na wakacje nie stać 2/3 rodaków (w UE 1/3). Na tle tych różnic między Polską, a UE źle zapewne odbierane jest w Polsce to, iż pod względem zróżnicowania dochodów 20% najbogatszych Polaków i 20% najbiedniejszych jesteśmy na poziomie średnim UE. Grupa pierwsza ma dochody ponad 5 krotnie wyższe od drugiej. Może to być interpretowane tak, iż bogatsi lepiej zadbali o swoje interesy i dochody niż ubożsi. Być może.  Niewykluczone jednak, iż może to być wynikiem niższych kwalifikacji, zatem i płac warstw uboższych, wyższego tu bezrobocia, większej dzietności, ale też roszczeniowych postaw, które nie pozwalają imać się każdej pracy i za każde wynagrodzenie przez fałszywy honor lub zwykłe bumelanctwo i niechęć do pracy. Wszyscy zaś razem, jako naród, jesteśmy biedniejsi niż inni, bo spośród osób w wieku produkcyjnym pracuje u nas zaledwie co druga. Jest to najniższy wskaźnik w Europie. Reszta to renciści i przedwcześni emeryci (najliczniejsi w Europie), dotknięci bezrobociem, bądź zwyczajne nieroby.

Zdecydowanie pozytywnie ocenia swoją sytuację materialną 33% Polaków, zaś zdecydowanie negatywnie 16%.

Z czego żyjemy. 15 milionów Polaków żyje z pracy rąk i umysłów, bądź jako osoby zatrudnione w firmach, bądź prowadząc własną działalność (gospodarczą, rolniczą, inną)). Spośród tych 15 milionów 73% zatrudnia sektor prywatny, a 27% sektor publiczny.

Płaca w sektorze publicznym jest wyższa (3807 zł) niż w prywatnym (2445 zł) i to nie tylko z powodu wyższych kwalifikacji tam zatrudnionych, ale też łatwiejszego wymuszania płac przez związki zawodowe. Dodatkowym źródłem dochodów tej grupy są transfery pieniężne z zarobków zatrudnionych za granicą, no i szara strefa, szacowana na 200-300 mld złotych rocznie.

Z emerytur ZUS żyje 4,76 miliona osób, a przeciętna emerytura wynosi 1471 zł i w 60% pochodzi ze składek, w tym obecnie pracujących, a 40% z dotacji budżetowej. Mamy ponadto 2,5 miliona osób żyjących z rent bądź to z tytułu niezdolności do pracy, bądź rodzinnych. Pierwsza z nich wynosi średnio 1100 zł, druga – 1300 zł miesięcznie.

Źródłem dochodu narodowego – PKB, odpowiednika domowych budżetów, są usługi (65,5%), przemysł (31,7%), rolnictwo, (2,8%). Gospodarka chwilowo stoi nieźle, mamy 1,7%-owy wzrost gospodarczy. Przyczyniły się do niego:
- mocna złotówka i związany z tym wzrost eksportu, głównie samochodów Fiat, mebli i żywności, przy ogólnym spadku importu;
- nasze zakupy, które mimo kryzysu wzrosły o 2,3%;
- transfery unijnych środków finansowych.
Ten dość dobry stan gospodarki nie musi i pewnie nie będzie trwały. Słyszy się głosy, że już niedługo zmniejszy się popyt na Zachodzie na nasze towary. Skończyły się tam bowiem dotacje państw wpompowywane w gospodarkę, co może ją spowolnić, zwłaszcza w kontekście konieczności transferu środków unijnych do dotkniętej kryzysem Grecji.

Osłabnąć też może konkurencyjność naszej gospodarki, wskutek wzrostu kosztów, w tym płac lub spadku wartości złotówki.
Prysnąć może więc czar Polski – jedynej zielonej wyspy wzrostu gospodarczego Europy w minionym roku. Wszak kryzys światowy jeszcze się nie skończył. Nie ma więc powodu do euforii, ale nie ma też powodu do popadania w pesymizm. Róbmy, jak dotąd, swoje. Pracujmy, zachowujmy się normalnie, korzystajmy z każdej nadarzającej się szansy. Szanse lubią tych, którzy je podejmują.

Ireneusz Krupka

 
Folwarki Północnej Wielkopolski – historia, zabudowa PDF Drukuj Email


Próchnowo, zabudowania folwarczne - magazyn fot. I. KrupkaFolwark – pojęcie dziś nieomal zapomniane. Powstały w Polsce w XIV wieku, rozkwitły w XVI i XVII, a zostały zlikwidowane w XX wieku tuż po drugiej wojnie światowej, wskutek przekształcenia w państwowe gospodarstwa rolne.
Z początku folwarki nie były wiele większe od gospodarstw włościańskich. Miały po 2, 3 włóki, podczas gdy pełnorolne włościańskie po jednej. Włóka, zwana też łanem miała powierzchnię wynoszącą 68 morgów brandenburskich, albo 30 morgów niemieckich dużych, co w przeliczeniu na dzisiejsze miary wynosiło około 17 ha. Z biegiem lat gospodarstwa folwarczne, produkujące głównie zboża i zwierzęta rzeźne na eksport i rynek krajowy rozrastały się coraz bardziej, osiągając w Wielkopolsce pod koniec XIX wieku powierzchnię od 165 do 1000 ha.
Aż do początków XIX wieku folwarki posługiwały się głównie pracą chłopów pańszczyźnianych, a tylko w niewielkim stopniu pracą parobków i służebnych dziewek. Dopiero uwolnienie chłopów od pańszczyzny, danin i innych powinności wobec dworu dekretem króla pruskiego w 1823 r. (car uczynił to później - w 1863 r.) i uwłaszczenie ich na uprawianej ziemi, a także rozwój kapitalizmu, wymuszający bardziej efektywny system pracy i zarządzania, przyczyniły się do reformowania folwarków. Zaczęły przeto przechodzić na oczynszowanie chłopów jako zapłatę za otrzymane grunty, pracę najemną i coraz efektywniejsze metody produkcji rolnej, a zatem także na zmiany w technicznym wyposażeniu folwarków i w budownictwie – podwórzowym i pałacowo – dworkowym. Dodajmy na marginesie, że wspomniany dekret władz pruskich nakazywał także wydzielenie z folwarcznych majątków ziemskich gruntów, jako wyposażenia dla wiejskiego nauczyciela i sołtysa.
Wskutek reform zaczęła się w folwarkach specjalizacja. Poza parobkami, pastuchami i dziewkami służebnymi, a więc grupą zwaną czeladzią dworską, zatrudniano stelmachów, kowali, gajowych, majstrów budowlanych, ogrodników, pszczelarzy, rybaków stawowych itp. Powstawać zaczął typ nowego robotnika rolnego, tzw. stałego robotnika deputatowego. Robotnicy ci otrzymywali mieszkania, najczęściej w czworakach, deputat w zbożu, ziemniakach, pomieszczenie w zbiorczej oborze dla krowy i pastwisko dla niej w lecie, a pasze soczyste i objętościowe w zimie. Powojenne PGR-y przejęły ten system wynagradzania i trwał on jeszcze w latach 60-tych XX wieku.

Więcej…
 
« PoczątekPoprzednia1234NastępnaOstatnie »

Strona 1 z 4