|
rozmowa o spotkaniach II stopnia |
|
|
|
|
- Dzień dobry. Był u mnie z wizytą, porą wieczorową. - Dzień dobry. Chodzi o bruneta? - I tak i nie. O mojego kolegę, a właściwie znajomego z pokoju akademickiego. - Chyba przyjaciela, nie mówię tu oczywiście o męskich przyjaźniach. - Właśnie tylko znajomego, bowiem przez 4 lata wspólnego studiowania nie został zadzierzgnięty żaden węzeł, ani nie utworzyła się jakakolwiek nić porozumienia. - Nieprawdopodobne, a wręcz niepoważne, Panowie. Czy żaden z was nie był wówczas gentlemanem? - Jak mogłem nawiązywać połączenie, skoro Aleksy miał kontakt tylko ze swymi książkami oraz łączem internetowym, przez które w naszym pokoju nawiązywał kontakt z innymi gentlemanami w sieci, szczególnie tymi zza oceanu. - Ale przecież Pan był na wyciagnięcie ręki, mógł Pan chrząkać lub zatupać, by zainteresować czymś innym Aleksego, nawet kupić sztuczną paprotkę. - No cóż, nie miałem na niego tak dużego wpływu jak się powszechnie o akademikach politechnicznych i ich studentach sądzi, Aleksy mnie lekceważył i nie obchodziło go nic oprócz niego samego. - Zapewne tak mijały lata - Aleksy coraz bardziej dbał o swoją optyczną myszkę i swoje siedzenie. - Tak, z ust mi to Pan wyjął, Panie magistrze, nawet gdy sprzątałem lub zmywałem po nas obu, gdy malowałem zadrapane ściany, ten wyalienowany Aleksy nie podnosił się i nie proponował pomocy. - Ale drań, chociaż przecież gentleman, bo mógł Pana przekląć lub zadrwić, donieść na Pana lub zadzwonić gdzie trzeba, a jednak tego nigdy nie zrobił i za to mu chwała, po trzykroć sława! - Jakoś nie zauważyłem, kiedy na piątym roku nasze drogi się rozeszły, a ponieważ przez ostatni rok nie zerkałem właściwie w stronę Aleksego - prawie zapomniałem jak wygląda. - A jednak coś się wydarzyło, nie wyznał mi Pan wszystkiego kolego. - No, no, nie upoważniłem Pana, proszę mi mówić jak dawniej - Panie inżynierze. Ale istotnie, po piętnastu latach, znienacka, wieczorową porą, zapukał do mnie jakiś brunet z nieznajomą blondynką i rzekł: „Cóż to, nie poznajesz mnie, jestem twoim kolegą z pokoju 724, to ja Aleksy, witaj”. - Ciekaw jestem, czy Aleksy wszedł, czy też odszedł szybciej niż zapukał, czyli czy jest Pan twardzielem. - Otóż z uwagi na ową lady poprosiłem Aleksego z tą lady do środka i pomogłem się rozebrać. - Dalej, dalej, atmosfera się zagęszcza zwykle w takich filmach. - Aleksy perorował, ja mu nie przerywałem, lady u jego boku szczebiotała, jej także nie oponowałem, ale raczej wypuszczałem te dźwięki drugim uchem. Prawdę powiedziawszy zerkałem jedynie na nową paprotkę, bo jako niedoszły biolog martwię się bardzo o jej młody system korzeniowy. - Był Pan gospodarzem, powinien Pan zagajać i podtrzymywać rozmowę. - Hola, hola, teraz ja poczułem, że potrafię się wyalienować, że Aleksy nadciągnął 15 lat za późno i że paprotka mnie po prostu niepokoi. Do widzenia, za 5 minut pora wieczornego podlewania!
Stanley Wierzbicki |
|
|
rozmowa dla klas siódmych |
|
|
|
|
- Dzień dobry. Pan dzisiaj rozpoczyna. - Dzień dobry. Tak, przygotowałam się cieleśnie i duchowo. - Cieleśnie? - Pan nie wie, kolego, że ćwiczę pompki jak za dawnych lat cztery razy w tygodniu po kwadransie. - A ta historia, będzie mocna, skoro się Pan tak przygotował. - O, tak, klasa siódma walka na koguty przed lekcją śpiewu, nieskromne figurki z plasteliny na pracach ręcznych i ta pani od geografii oraz W-F... - Co, dwa przedmioty, tak odległe, to możliwe ? - Tak, wtedy możliwe i nawet nierzadkie. Ale i teraz przecież fizyk zostaje bankowcem . - Ale bankowiec nigdy fizykiem, to zbyt trudna metamorfoza dla zwykłego mózgu! - Kontynuuję: ta pani, nie wiedzieć czemu, mnie raczej niezbyt lubiła, choć szanowała moje kujoństwo, które cyzelowałem tylko ze względu na nią, niestety wszystko na nic. - Czy kogoś wyróżniała? - Tak, głupiego Placka i roztrzepaną Krychę, której mama pracowała jako bileterka w kinie w okresie, gdy szedł „Faraon” a potem „Love story” oraz Wacia – wtedy siłacza klasowego, później ekwilibrystę. - A co z opowieścią właściwą? - Ta pani, nasza wychowawczyni ponadto, lubiła nosić mocno wycięte suknie, co mnie i owemu Waciowi zawsze burzyło krew w młodych żyłach. Wacio zaglądał bezczelnie, bo siedział w pierwszej ławce, a ja produkowałem się przy tablicy wymieniając i pokazując na mapie nawet najmniejsze australijskie rzeczki, niestety nie zwracając na siebie większej uwagi pani a nawet klasy. - Czyli bez skutku? - Niestety, to sprawiło, że zhardziałem i potrafiłem pani odpowiedzieć twardo i wcale nie po szkolnemu, aż wreszcie przesadziłem, bo rzuciła się na mnie i przy całej klasie, na geografii, odpruła mi pierwszą w całej szkole tarczę wzorowego ucznia. Dobrze, że się przy tym mocno i długo pochylała, bo… - Tak, bez tej osłody trudno byłoby i wytrzymać cięcie i powstrzymać wściekłość. A lekcje W-F? - To już było pod koniec siódmej, pani przyszła jeszcze śmielej odziana a mnie z Waciem znowu poniosło. Niestety Waciowi-pupilowi się upiekło - a ja byłem trzymany za ucho przez 1 minutę, na szczęście znów w głębokim pochyleniu, po czym nigdy potem już nie miałem z W-F piątki, choć bywałem bardziej chyży w sprintach i skokach niż rasowe ogiery. - Chyba ogary, Panie kolego? No i finał opowieści, o ile Pan nie kłamał na temat przygotowania. - Tak: autobus, dwadzieścia lat później, pełnia lata, z zamyślenia wyrywa mnie nieduża, starsza brunetka w mocno wyciętej sukni słowami: „Pamiętasz jeszcze Waciu swoją panią od geografii?” - Wszedł Pan w rolę Wacia? Tak, ze wszystkimi konsekwencjami. Do widzenia.
Stanley Wierzbicki |
|
- Dzień dobry. Mam dzisiaj wielką chęć opowiedzieć o mojej długo skrywanej tajemnicy. - Dzień dobry, zamieniam się w słuch. - Lat temu kilkanaście, gdy byłem jeszcze inżynierem początkującym i w wielkim stresie zawodowym, na początku mej konstruktorskiej kariery chadzałem w lutym, z rana, przed pracą, do pobliskiego miniaturowego parku na poranne chwile skupienia, zgodnie z zaleceniami naszego lekarza zakładowego dr n. med. F.J., wielkiego eksperymentatora i miłośnika tajskiej medycyny. - Do rzeczy. Panie inżynierze, proszę. - Otóż codziennie, o 5.55, pojawiały się pomiędzy oszronionymi drzewami trzy myszkujące postacie, czasami przykucały, kryły się za pniami, jedna z nich miała lornetkę wojskową, druga aparat fotograficzny z teleobiektywem, a trzecia tylko nasuniętą głęboko na głowę traperską czapkę. - Ale towarzystwo miał Pan, jak żaden konstruktor elektryk nie miewał. - To nic, najważniejsze rozpoczynało się o 6.02, gdy ubrana w długie srebrzyste futro, wysokie kozaki, wychodziła na kwadrans do parku ruda, wysoka, piękna i tajemnicza właścicielka małego pinczerka. - Ależ to prawdziwy scenariusz małej telenoweli albo etiudy studenckiej. - To dopiero początek. Od tej chwili trzech wielbicieli, jeden na pewno siwowłosy, a drugi zbyt szczupły nawet jak na tamte czasy, starannie ukrywając się za drzewami i unikając siebie nawzajem, starało się zdobyć najlepszą pozycję obserwacyjną. Widziałem odtąd tylko wytrzeszczone zza pieńka oczy, albo soczewkę obiektywu, albo szkło lornetki. Kiedy ta lady pochylała się, aby uspokoić pinczerka, który coś widocznie wyczuwał, jej futro wyraźnie rozchylało się i wtedy z drzew kryjących tych trzech dżentelmenów sypał się szron, bo tak dużemu wzruszeniu ulegali. - A Pan był nieczuły na wdzięki, co się z Panem? - W trzecim tygodniu już się zdecydowałem zapytać o godzinę, ale przez park przebiegł nagle młody hydraulik, który z rurkami w jednej ręce i torbą z narzędziami w drugiej wpadł na tę lady, gapa! - I co, i co? - To stało się tak nagle, ale lady wcale się nie obraziła, tylko schwyciła go za ucho i powlokła do… - Gdzie, gdzie? - Od tego czasu postanowiłem zająć się poważnie elektrohydrauliką i elektropneumatyką, bo przecież i ja mogę wpaść kiedyś na tę rudą nieznajomą, jak tamten młody hydraulik. - A kiedy to się wszystko działo i dlaczego Pan do tej pory nie wpadł? - Bo zaniechałem spacerów zgodnie z nowymi zaleceniami dr F.J., a działo się to lat temu szesnaście. - To pewnie rudy anioł już wyjechał, niech Pan się skusi na inne menu. - Zazdroszczę do tej pory temu młodemu hydraulikowi, tym bardziej, że zupełnie młody już nie jestem. - Ale i hydraulik się też pewnie posunął. Teraz już inne czasy. Doradzam - zakupić futro, założyć rudą perukę i wychodzić z rana na przechadzki. Będzie miał Pan wzięcie niczym Jack Lemon. Do widzenia. - Faktycznie, mogę spotkać nawet swojego milionera. Do widzenia.
Stanley Wierzbicki
|
|
- Dzień dobry. - Dzień dobry, dzisiaj o snach bardzo proszę. - A skąd pewność, że nie zabrniemy w magię, szczególnie tą czarną, chociaż nawet i białej nie akceptuję tak naprawdę. - Tak, sny to niepokój lub radość w zależności od wagi snu, a czasem nawet i od wagi śpiącego. - No, więc zaczynam relację: wzgórze okolone starym murem, droga wokół wyłożona śliską kostką brukową, za tym murem niewielki zameczek skryty wśród dębów i kasztanowców z wystającą czerwoną wieżyczką, nastrój opuszczenia, wyczekiwania i grozy, chociaż we śnie to był dzień. - Czy ma Pan inżynierze jakiegoś zaufanego psychoterapeutę? - Pan sugeruje, Panie magistrze, że jestem pod wpływem okultyzmu, kabały czy innych majaków? - Nie jest Pan jednak niedzisiejszy i boi się przeskoczyć mur, a może i nawet wzgardziłby Pan posłaniem ze styropianu przygotowanym za tym murem koło wspomnianych dębczaków. - Nie, nie jestem lękliwy i tylko wiekuistego potępienia się obawiam, tym bardziej cały taki sen z żołędziami i kasztanami całego świata lekce sobie ważę. - A zatem nie ma powodu dzisiaj się martwić, tym bardziej, że ja miewałem przeważnie sny wesołe - na przykład przyśniło mi się w pierwszej klasie jakobym był harcerzem-zuchem i w owym śnie udałem się do obozowej leśnej latryny, gdzie z ulgą udało mi się załatwić małą potrzebę i już się brałem za dużą, gdy obudziłem się w mokrym łóżeczku, bo oto zadzwonił budzik do szkoły. - Hi, hi, to ci dopiero przygoda, ale zuch z Pana, czyli harcerz młodszy. Proszę o jeszcze. - No, cóż, chociażby przygoda we śnie letnim w połowie AD 1972: śniłem pod gruszą, że należałem do szczepu Apaczów, będąc przyjacielem Winnetou i prawą ręką Old Shatterhanda, a ponadto wiadomo było, że ten dzielny Indianin nigdy nie umrze. Już mieliśmy wspólnie wyjechać konno na bizony, gdy wtem poczułem jak ktoś pachnącym piórkiem łaskocze mnie pod nosem - to była Jaśka z bloków za rzeczką, zawsze wielce mi oddana. Później nawet na czas jakiś zdecydowała się trwać w tym poddaństwie, szczególnie przed maturą, bowiem polonistą byłem juz wówczas niedoścignionym, a ona się właśnie zdecydowała na filologię. - Często Pan nauczał? - Nie tak bardzo, nie posiadałem jeszcze tak rozbudowanego warsztatu literackiego jak teraz, nie potrafiłem znienacka chwycić za pióro, czasami nawet rozlewałem inkaust no i nie czytałem jeszcze Xiąg starego Fredry. - Wróćmy jednak do źródeł, co radzi mi Pan czynić z dębczakami i kasztanami koło zamku? - Niech Pan przynajmniej pozbiera same kasztany, porobi z nich zwierzątka, na przykład bizony i niech Pan zostanie Apaczem jak ja. - Przednia rada! Do widzenia. - Do widzenia. Stanley Wierzbicki |
|
- Dzień dobry, Panie magistrze. - Dzień dobry. - Jest Pan pokąsany, niech Pan nie ukrywa tego faktu i odsłoni, i rękę, i swoją tajemnicę. - Straszną tajemnicę, jestem od wczoraj w traumie i miałem już dwie porady rasowego psychologa. - Pies pewnie był nierasowy, kto to wie, jaką chorobę mogło Panu zaszczepić to monstrum z Baskerville. - Pan niech mnie nie straszy, niech Pan mnie nie gnębi, niech mnie Pan nie spycha do drugiego szeregu, Panie magistrze, zaklinam Pana na wszystko, co dobrego na tej ławeczce się kiedykolwiek zdarzyło. - Ja Pana wspieram, ale mam twardą skorupę, tytanowe blachy niczym statek podwodny i nie okazuję uczuć, ale serce we mnie gołębie. - Pana cynizm nie ma granic, fuj! A ja jestem raniony i w rękę i - jakby powiedział poeta - w serce. - To oprócz psa był ktoś jeszcze? - Tak, właścicielka przecudnej urody, elegancka lady w wieku średnim, w pierścieniach złotych i kolii, futrze z szynszyli, no wie Pan. - Nie reagował Pan na poczynania kundelka bez wychowania i z piekła rodem? - A jakże, w pierwszej chwili wrzasnąłem na psa: „Ty bestio przeklęta” i chciałem go kopnąć z wściekłości, ale jak spod ziemi wyłoniła się ta lady, uspokoiła psa jednym ruchem ręki i mnie także subordynowała głosem nie znoszącym sprzeciwu, aż podkuliłem ogon pod siebie? - Chyba uszy, pan nie myślał o ogonie właściwym zapewne, dżentelmeni o tym nie mówią. - No, właściwego nie podkuliłem, a wręcz przeciwnie, bo lady robiła wrażenie i wyraźnie nie lubiła dekoltów gimnazjalnych oraz długich krynolin. - Trzeba kuć ogon, pardon, żelazo póki gorące, pal licho rękę, niech odpadnie, teraz w Edynburgu zrobili sztuczną z silniczkami, z dwoma mikrokontrolerami, trzema enkoderami, ogniwem paliwowym i potrzebują dwóch ludzi do testów; jeden Murzyn z Kongo już się zgłosił, czytałem w Internecie, Pan może być drugi, jedź Pan, gdy z tą burżujką się nie uda! - Ale mi ta ręka jeszcze nie odpadła, poczekam parę dni, a potem zadecyduję: Edynburg mglisty albo lady w złocie. - Niech Pan też zbada, co z mężem, może być przeszkodą, wyślijcie go gdzieś, niech jedzie po złote runo na dwa kwartały, co najmniej. - Panie kolego, miała tyle pierścieni, że obrączki dostrzec nie było sposobu! - A jak Pana subordynowała? - Powiedziała mi: „Takich jak Pan to biorę krótko na smycz!” - Ale się spociłem, tego zawsze szukałem, szczęściarz z Pana. Do widzenia. - Faktycznie nieźle trafiłem, mogło być gorzej, zawsze też mogę do Edynburga. Do widzenia. Stanley Wierzbicki |
|
|