Lepiej uniknąć wojny… niż ją wygrać

Z Maciejem Skowyrą, lekarzem weterynarii, ale przede wszystkim niezwykle światłym człowiekiem, o wszechstronnej wiedzy – w związku z wielkim zainteresowaniem Czytelników majową rozmową „Strach ma wielkie oczy” – m.in. o tym jak chronić swój organizm przed chorobami rozmawia Marek Mostowski.

Dziękuję ci Maćku, że zgodziłeś się na kolejną rozmowę. Muszę przyznać, że po ostatniej naszej rozmowie wielu czytelników kontaktowało się ze mną osobiście oraz naszą redakcją, dziękując za pouczającą rozmowę z tobą… i prosząc o więcej.

– Cieszę się bardzo, że w naszym regionie, tak dużo osób chce wziąć swoje zdrowie we własne ręce i woli uniknąć wojny niż ją wygrać.

Ciekawie to ująłeś. Muszę przyznać, że ja też tak uważam, że profilaktyka jest o wiele lepsza niż leczenie chorób. Z tym, że jak człowiek jest zdrowy, to rzadko kiedy myśli o zapobieganiu chorobom.

– Niestety tak właśnie jest, że człowiekowi najłatwiej jest żyć bez żadnego trudu i dopiero, gdy coś się wydarzy, to wówczas każdy z nas próbuje jakoś sobie pomóc. Żyjemy obecnie już w tak zatrutym środowisku, że jeżeli odpowiednio wcześnie nie weźmiemy swojego zdrowia we własne ręce, to nie ma co liczyć na to, że do sędziwego wieku dożyjemy, a po za tym, że będziemy długie lata cieszyć się zdrowiem. Nasza żywność w tej chwili nie nadaje się do spożycia. W zasadzie jest cała naszpikowana cukrem i chemicznymi konserwantami. Cukier dodawany jest już niemal do wszystkiego. Przeciętny Polak spożywa go aż osiemdziesiąt kilogramów rocznie, a genetycznie jesteśmy przystosowani do spożycia tylko dwóch kilogramów rocznie. Musimy wiedzieć, że jest on silnie uzależniającą, nawet dużo mocniej od narkotyków – trucizną, która działa powoli, ale bardzo wyniszcza nasz organizm, doprowadzając go do kompletnej ruiny. Gdy już poważnie zachorujemy na przykład na raka, to cukrem obżerają się komórki rakowe, gdyż oprócz aminokwasu glutaminy jest on jedynym źródłem energii dla komórek rakowych. Niestety lekarze o tym nie wiedzą albo nie chcą wiedzieć. Tak, że nawet podają cukier w kroplówkach chorym na raka lezącym w szpitalach, a wszystkie odżywki dla osób chorych na raka, które chory może kupić sobie w aptece prawie w połowie swojego składu zawierają cukier.

Jak to, lekarze o tak oczywistej sprawie nie wiedzą?

– Sprawa diety, czy jakiegokolwiek naturalnego podejścia do zagadnień raka i nie tylko jest dla przeciętnego lekarza zupełnie nie istotna, a od tego zależy przecież zdrowie ich pacjenta. Oni uważają jednak inaczej, że tylko chemioterapia, chirurgia, czy radioterapia może przynieść jakiekolwiek efekty. Jakie efekty przynosi tego typu podejście, to każdy dobrze już wie. Dlatego jeżeli każdy z nas nie weźmie swojego zdrowia we własne ręce i nie będzie dbał o nie, to będzie skazany na choroby, które są leczone wyłącznie za pomocą leków chemicznych.

Jak Maćku myślisz, czy zawsze tak było, że leczyło się lekami chemicznymi, przecież kiedyś nie syntetyzowano związków chemicznych?

– Dobre pytanie. Produkcja leków jakie mamy dzisiaj, została uruchomiona dopiero na początku lat dwudziestych XX wieku, kiedy to związki chemiczne można było opatentować, aby dobrze na nich zarobić.

No tak, jak każdy zapewne wie za wszystkim stoi biznes.

– Przypomina mi się sytuacja w medycynie dziewiętnastowiecznej, kiedy dominowały dwa zupełnie przeciwstawne koncepcje leczenia chorych. Po jednej stronie było leczenie alopatyczne. W leczeniu tym traktowano każdą chorobę jako najeźdźcę, którego należało pokonać. Leczono wówczas chorych przez upuszczanie krwi, obcinanie kończyn oraz podawano im substancje toksyczne, głównie arszenik oraz rtęć. Wszystko po to, aby zniszczyć wymyślonego najeźdźcę. Uśmiercono wówczas w ten sposób zupełnie legalnie całą masę chorych, łącznie z prezydentem USA Georgiem Washingtonem. Również Amadeusz Mozart przekręcił się dzięki temu, że w ostatnim tygodniu życia upuszczono mu około dwóch litrów krwi. Stracił po tym przytomność, której już więcej nie odzyskał.

Z perspektywy czasu dziewiętnastowieczne leczenie ludzi rtęcią bądź arszenikiem wydaje się nam strasznie głupie, tym bardziej, że przykładowo efekty leczenia rtęcią były zupełnie odmienne od zamierzonych, chyba że celem takiego leczenia było osiągniecie życia wiecznego (śmiech). Teraz może trochę się zmieniło, chociaż rtęć jest nadal stosowana w medycynie np. dodawana jest do szczepionek, albo do plomb amalgamatowych. Wówczas była to oficjalna medycyna. Dzisiaj oficjalna medycyna podaje pochodne gazu musztardowego osobom chorym na raka, który kiedyś został stworzony do zabijania ludzi. Nazywamy to chemioterapią. Człowiek na raka choruje przeważnie dlatego, że jego organizm, zawalony jest chemią. My natomiast dalej go trujemy, aby wyzdrowiał. Gdzie tu jest jakakolwiek logika? Dane statystyczne mówią, że osoby u których nie zastosowano chemioterapii żyją przeszło cztery razy dłużej. Czyli działanie jej można śmiało porównać do metod z ubiegłego wieku. No ale przecież musimy zniszczyć komórki nowotworowe. Nic nie musimy, wystarczy, że nie damy im cukru i aminokwasu glutaminy i jeszcze kilka drobnych produktów i raka będziemy mogli się sami pozbyć.

Brzmi to logicznie, ale przecież kiedyś istniało jeszcze ziołolecznictwo, czy dietoterapia, którymi teraz lekarze nie leczą.

– Marku, masz całkowitą rację. Istniała do niedawna jeszcze druga gałąź medycyny, a mianowicie medycyna o podejściu empirycznym. Leczenie takie polegało na wspomaganiu chorego organizmu przez usuwanie z niego wszelakich toksyn, których kiedyś było sto razy mniej niż dzisiaj. Choremu podawano odpowiednią dietę, zioła i tego typu preparaty naturalne. Ogólnie podejście empiryczne polegało na wzmocnieniu sił obronnych organizmu chorego. Święta Hildegarda znana dobrze i dzisiaj, była jednym z prekursorów takiej medycyny. Niestety w naszych nowoczesnych czasach, z tego właściwego podejścia do leczenia chorego, medycyna akademicka zrobiła szarlatanerię i zabroniła lekarzom w ten sposób leczyć chorych. Na przykład z programu studiów medycznych trzydzieści lat temu zniknęła fitoterapia, a na temat dietoterapii, współczesny lekarz nic nie wie. Można śmiało powiedzieć, że nikt już studentów medycyny nie uczy szarlatanerii.

No tak, dzisiaj pływamy cali w toksynach, dlatego zapewne mamy pandemię chorób cywilizacyjnych.

– Ja mówię, że zrobiono z nas maszyny do recyklingu śmieciowego jedzenia. Trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Choroby cywilizacyjne nie są jakąś wymyśloną pandemią, a rzeczywistą pandemią, która zabija nie kilka osób dziennie, a całą masę ludzi. Przecież na samego raka umiera w Polsce trzysta osób dziennie i są to dwa średniej wielkości samoloty, a nasz narodowy program walki z rakiem jest kompletną kpiną ze społeczeństwa. Jasno musimy sobie powiedzieć, że chorób cywilizacyjnych do niedawna w zasadzie nie było, a teraz doprowadzają one do śmierci prawie każdego człowieka. Warto wiedzieć jeszcze, że nie tak dawno na raka chorowała tylko jedna osoba na osiem tysięcy, a na cukrzycę jedna na sto tysięcy, a teraz na raka zachoruje co drugi mężczyzna i co trzecia kobieta, a cukrzyca, najszybciej rozwijająca się choroba naszego wieku, dotknie około 40% naszego społeczeństwa.

Jaką ty widzisz szansę na cieszenie się dobrym zdrowiem?

– Musimy uniknąć wojny, czyli musimy wrócić do naturalnych produktów spożywczych. Dlatego powinniśmy markety omijać szerokim łukiem. Musimy kupować żywność nieprzetworzoną. Wyeliminujmy cukier, unikajmy produktów mącznych. Jedna szklanka mąki zawiera 32 łyżeczki cukru. Poza tym zboża są pryskane przed zbiorem rakotwórczym glifosatem. Naszą armią obronną jest sprawnie działający nasz układ odpornościowy, który niestety już od naszych narodzin jest skutecznie niszczony przez tak zwane szczepienia ochronne.

To od sprawności naszego układu odpornościowego w głównej mierze zależy, czy zachorujemy na daną chorobę, czy też nie. Działanie układu immunologicznego jest dość skomplikowane i zależne od bardzo wielu czynników zewnętrznych i wewnętrznych. Jeżeli w organizmie pojawi się zagrożenie, to jako pierwsze do walki włączają się białe ciałka krwi, czyli leukocyty. Stanowią one tak zwaną straż przednią, zwaną fachowo odpornością komórkową. Nie rozpoznawszy dobrze przeciwnika od razu atakują. Daje to czas na to, aby odporność humoralna, specjalistyczna, która w przeważającej większości jest ulokowana w pęczkach Peyera w naszych jelitach pomiędzy kosmkami jelitowymi, mogła bardzo precyzyjnie zaatakować intruza.

Sprawność zarówno kosmków jelitowych jak i pęczków Peyera zależy od tego jak długo dziecko karmione było mlekiem matki. Poza tym pożyteczna mikroflora jelitowa ma kolosalne znaczenie w utrzymywaniu i rozwoju pęczków Peyera, a tym samym całej naszej odporności. Należy zaznaczyć, że noworodek pomimo wykształcenia się już pęczków Peyera, ma niedojrzały układ immunologiczny. Wówczas jedynie bakterie jelitowe, a głównie te z rodzaju lactobacillus są pierwszym antygenem zewnętrznym aktywującym odporność po narodzeniu. Szczepionki, antybiotyki oraz konserwanty mogą bardzo skutecznie niszczyć naszą mikroflorę jelitową, powodując tym samym namnażanie się bakterii gnilnych, które niszczą pęczki Peyera, co może w konsekwencji doprowadzić nawet do rozwoju choroby nowotworowej.

Co należy zatem zrobić aby się ratować?

– Chciałoby się powiedzieć – ratuj się kto może. Niestety tak jest. Musimy wzmocnić na różne sposoby nasz układ odpornościowy, czyli uzbroić naszą armię obronną w wystarczającą ilość makrofagów, przeciwciał, czołgów, samolotów bojowych i wszystkiego co się da, a wtedy żadna choroba nie będzie nam straszna. Dlatego róbmy swojej produkcji kiszonki, szczególnie kiśmy buraka, który wykazuje całą masę pozytywnego działania na nasz organizm. Szukajmy metod naturalnych, korzystajmy z masaży, ziół i wszystkiego, co jest teraz ośmieszane.

Dziękuję za rozmowę, która co prawda nie jest poradą medyczną, ale daje każdemu czytelnikowi nowe spojrzenie na problem swojego zdrowia.

lepiej_uniknac1_01

lepiej_uniknac1_03 lepiej_uniknac1_02