Mówią, że jestem artystą elitarnym… ale to g…o prawda!
Z Krzysztofem Daukszewiczem, znanym satyrykiem, felietonistą, tekściarzem, poetą i piosenkarzem rozmawia Marek Mostowski.
Panie Krzysztofie, urodził się pan w leśnej osadzie, czy w związku z tym nie ciągnęło pana żeby zostać kimś w rodzaju gajowego lub leśnika?
– Ja mam to załatwione… mój zięć jest leśniczym, więc tak jakbym czuwał nad lasem.
Okolice Mazur i Wichrowa bardzo są zakorzenione w pana sercu?
– Mniej niż by się wszystkim zdawało. Ja bardzo lubię towarzystwo lasu, staram się zawsze gdzieś tam koło niego przebywać, więc teraz jak mam trochę czasu pomieszkuję nad takim pięknym jeziorem – Kośno. To jest ścisły rezerwat ptactwa, mniej więcej w połowie drogi między Szczytnem a Olsztynem. Od mojego domu, w którym na co dzień mieszkam, oddalony jest jakieś 170 km, więc jak tylko rybka bierze… to trzy godziny i już siedzę z wędką.
Jak wyglądała pana droga zawodowa?
– Pierwszym moim etatem było nauczanie, byłem nauczycielem w Szkole Podstawowej w miejscowości Jeruty. Skończyłem Liceum Pedagogiczne. W wyższej Szkole Pedagogicznej zacząłem studiować jak już pracowałem, ale jakoś tak nie dociągnąłem do końca. Po kilku latach pojawił się Dom Kultury w Szczytnie, gdzie sprawowałem posadę dyrektora, ale nie myślałem jeszcze wtedy, żeby zostać satyrykiem. Założyliśmy tam dyskusyjny klub filmowy, teatr i wtedy tam zaczęło się dużo dziać. W pewnym sensie jestem nawet „ojcem” grupy heavymetalowej HUNTER. Zespół ten, pierwsze swoje dźwięki wydawał na deskach mojego Domu Kultury. Pojawili się u mnie jakoś pod koniec mojego urzędowania i zapytali czy mogą trochę pograć. Później okazało się, że jest to fantastyczna grupa metalowa, która zresztą gra do dziś i świetnie daje sobie radę. Pewnego dnia do Domu Kultury przyszło pismo z Lidzbarka Warmińskiego, że organizują pierwsze Ogólnopolskie Biesiady Humoru i Satyry, a ponieważ miałem świetnie grających na instrumentach przyjaciół – Janusza Sokołowskiego i Marka Bednarka – postanowiliśmy spróbować swoich sił. Na początku posiłkowaliśmy się tekstami Jonasza Kofty, Adasia Kreczmara, ale te teksty jakoś nie pasowały do naszego charakteru. Pewnego dnia, nie wiem czy pod wpływem emocji czy alkoholu (na pewno jakiś wpływ był) powiedziałem, że napiszę jakiś tekst. Okazało się, że ten tekst był śmieszny, więc idąc za ciosem napisałem kolejne, aż powstał pierwszy program, który nazywał się „Dookoła Wojtek”. Z tym programem pojechaliśmy do Lidzbarka i żeby było śmiesznie okazało się, że zdobyliśmy drugą nagrodę. W ogóle się tego nie spodziewaliśmy, to było kompletnym zaskoczeniem. Do kolejnej Biesiady w Lidzbarku mieliśmy cały rok, zdobyliśmy trochę doświadczenia i inaczej człowiek już do tego podchodził. Napisałem kolejny program „Mity i nity, czyli nasza Monachomachia”, a wtedy wygraliśmy już wszystko co było w tamtym czasie do wygrania w Polsce: Biesiadę Humoru i Satyry w Lidzbarku Warmińskim, Złote Rogi Kozicy w Zakopanym, w każdym razie, gdzie się pojawiliśmy tam z pudła nie schodziliśmy.
Zrobiliście spis konkursów i stwierdziliście, że zagarniacie wszystko?
– Tak, wszyscy tak wtedy robili, zresztą dzisiaj jest podobnie. Grupy piszą jeden program, tych przeglądów kabaretowych jest jakieś z dziesięć i jeżdżą po Polsce z jednego na drugi i z tych nagród całkiem dobrze żyją.
Czy ten grad naród spowodował, że podjął pan decyzję, żeby zostać w tym kręgu?
– Już w drugim roku czułem, że to będzie moje życie. Coś w tym jest, mój syn Grześ kiedy miał 5 lat mówił, że będzie aktorem i jest. Znam wiele takich osób, które już w wieku np. 7 lat wiedziały kim będą jak dorosną i to się im sprawdziło.
Większość satyryków – kabareciarzy mówi, że polityka jest ich chlebem powszednim i nadaje im pęd do działania. Czy w pana przypadku polityka odgrywa taką samą rolę?
– Ja jestem satyrykiem politycznym, więc polityka odgrywa bardzo dużą rolę w moim życiu. Niewiele jest w Polsce kabaretów politycznych, to że od czasu do czasu zrobią jakiś skecz o księdzu czy pijanym policjancie, to zupełnie co innego. Satyra polityczna to Kaczyński, Błaszczak, Niesiołowski, Schetyna….całe to otoczenie, które w mniejszym czy większym stopniu nami rządzi. Satyra polityczna wcale nie musi być zabawna, bo satyra sama w sobie ma trafić i zatopić – po prostu. Nie musi wcale wywoływać huraganów śmiechu. Uważam, że mam w repertuarze kilka piosenek, które są poważne i smutne… i one też są satyryczne.
Czy zdarzył się taki moment, kiedy życie polityczne w Polsce nie było wystarczającym materiałem na kolejny program?
– Bardzo dużo osób stało się takimi pijanymi dziećmi we mgle. Jak upadał socjalizm, ludzie mówili mi „Oj, Krzysiek – teraz w ogóle nie będziesz miał roboty”, nie zastanawiając się nad tym, że każdy ustrój polityczny w swoich ideach ma same złote myśli i wszystko to, co jest najpiękniejsze. Natomiast z reguły te kodeksy moralne, etyczne i ideologiczne przejmuje natychmiast głupota ludzi pazernych. Ja zawsze kiedy upadał ustrój mówiłem, żeby ludzie nie wierzyli w to, że kolejny będzie mądrzejszy, bo głupota jest w każdym ustroju i to dlatego, że jest przywiązana do ludzi, a nie do ideologii. No i wyszło na moje… Był taki kabaret Klika z Bydgoszczy, ja swego czasu przyjaźniłem się z nimi i w Opolu bodajże w 1988 roku, mówiłem taki monolog „Muzykoterapia”. To było o tym jak mężczyzna ok 23-ej słucha smętnej muzyki i przy tej muzyce zastanawia się nad tym, co się stanie jeżeli będzie się zachowywał tak jak mówią jedni, a jak drudzy powiedzą inaczej i wtedy on zacznie zachowywać się tak jak oni powiedzieli, to co powiedzą ci pierwsi… trwało to jakieś 15 minut, ludzie świetnie reagowali, a puenta była taka, że i jedni, i drudzy powiedzą, że życie jest największym dobrem, więc czy się czasem nie dogadali. Za sceną Kabaret Klika wręcz mnie opieprzył, jak ja mogłem porównać to co było, do tego co się tworzy. Ja odpowiedziałem tylko, że tak czułem i tak to napisałem… i już. Po kilku dobrych latach, spotkaliśmy się ponownie z Kliką i podeszli do mnie mówiąc, że chcą mi postawić lufę i przeprosić za to, że w 1988 roku tak mnie w glebę wbili, i że jednak miałem rację.
Przez kilka ładnych lat występował pan w kilku kabaretach. Jakich?
– Tak, byłem w kabarecie „Pod Egidą, ale także w Kabarecie „Na pięterku”, w Kabarecie „Na parę” – to był kabaret Tadka Drozdy i Władka Komara – zresztą to była piękna przygoda w życiu. Ten cały kabaret u nich wyglądał w ten sposób, że w przerwach grało się w pokera, a właściwie patrzyło się na ręce Władka Komara. Ręce miał jak bochenki chleba, ale tak potrafił oszukiwać… że masakra, człowiek na sekundę oko spuścił i już nie wiadomo było skąd się ten piąty as brał…piękne wspomnienia!
A co pan sądzi o ostatnich poczynaniach Jana Pietrzaka?
– Ostatnio słyszałem jakiś jego wywiad, chyba w Opolu, i mówił wtedy, że tak właściwie to on obalił tę komunę. Wygląda na to, że bardzo mocno w to wierzy…
Wiele osób jest takich, które chciałyby, aby na ich nagrobku widniał napis „Ten który obalił komunę”. Ostatnio dowiedziałem się, że Jarosław Kaczyński też obalił komunę, w związku z tym nawet nie próbuję wcisnąć się nawet na najmniejszy schodek, bo ci co pchają się mocniej i tak by mnie stamtąd zepchnęli… Ja nie obalałem komuny, a nawet jak to robiłem, to po swojemu i jest to zapisane w moich prywatnych kartach.
W listach do jaśnie wielmożnego pana hrabiego, było zawoalowane i bardzo czytelne nawiązanie do polityki.
– Tak, te listy nadal funkcjonują i są aktualne – zwłaszcza ten ostatni, napisany rok czy tam dwa lata temu.
Myślę, że przesłanie jest czytelne nawet dla półinteligentów.
– My naprawdę mamy naród myślący, tylko doprowadziliśmy do tego, żeby nie używał rozumu. Byłem świadkiem tego. Kiedyś robiłem taki program „Na tronie” w telewizji. Podczas podpisywania umowy na kolejny sezon odbyła się taka rozmowa, kiedy to jedna z pań redaktorek „Dwójki” powiedziała: „Panie Krzysiu, Ninka prosiła, żeby pan w tym nowym sezonie zszedł trochę ze swojego poziomu”. Zapytałem dlaczego, a ona odpowiedziała – „Wie pan, ta nasza widownia telewizyjna jest coraz prostsza i potrzeba takich trochę prostszych dowcipów, tak żeby wszyscy świetnie się bawili”. Tak mnie to wtedy wkurzyło, że powiedziałem: „Wie pani co, od prostych dowcipów macie prostych artystów i sobie ich angażujcie”. Następnego dnia wróciłem do siebie na Mazury, obudziłem się o 6.00 rano, bo zawsze dzień rozpoczynałem od szukania w gazetach różnych głupot, które mógłbym przełożyć na ten język telewizyjny. Wstałem i patrzę, a ja nie muszę szukać tych głupot. Słońce było piękne, poszedłem do lodówki, wyjąłem piwo, usiadłem na tarasie i pomyślałem – wracam do normalnego życia. Tak też się stało, od tamtej pory nie dałem się wpuścić w żaden kanał telewizyjny i w związku z tym mam piękne życie. Dowiedziałem się, że media tak po prostu traktują swoją widownię. Puentą tego wszystkiego było to, że jakiś czas później grałem z okazji Dnia Nauczyciela, bodajże w Bytomiu, w jakimś zespole szkół zawodowych. Ciała pedagogicznego było ze 200 osób, albo i lepiej, wtedy podeszła do mnie pani dyrektor i mówi: „Panie Krzysztofie, gdyby pan mógł zejść trochę ze swojego poziomu, bo wie pan tu jest nie tylko grono pedagogiczne, ale też panie z obsługi, i wie pan, tak żeby wszyscy dobrze się bawili…”. Odpowiedziałem, że dobrze, nie ma sprawy, a następnie zagrałem wszystko to co miałem zagrać, nie zmieniając ani jednego słowa. Najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że przyleciały do mnie te panie z obsługi dziękować i gratulować, że już dawno tak dobrze się nie bawiły. Gdzieś tam kiedyś przypięto mi łatkę, że jestem takim artystą elitarnym, ale to jest gówno prawda. Ja używam takich aluzji, że jak ktoś przyjdzie na mój występ, to przy odrobinie dobrej woli wszystko odczyta, zrozumie i będzie się dobrze bawił.
Mówił pan, że odciął się od telewizji, natomiast od 2015 roku w telewizji jest pan bardzo często.
– To jest zupełnie coś innego – to jest program publicystyczny, a to że ma tam jakąś nutkę satyryzmu… pewnie gdyby jej nie było, to i oglądalność nie byłaby tak wysoka. Program jest oczywiście na pewnym poziomie. Natomiast w publicznej telewizji, nie ma mnie już od 2007 roku. Wtedy PiS był przy władzy i dostałem propozycję wystąpienia podczas Kabaretonu w Opolu – natomiast z pewną aluzją, żeby było jak najmniej o polityce. Wie pan, to nie jest problem nie mówić o polityce, ja mogę 2 godziny gadać o menelach lub CB-Radiu i nikt mi nie da rady dzioba zamknąć, ale pod warunkiem, że ja sam sobie to wymyślę. Natomiast, jeżeli ktoś z góry narzuci mi czego mi nie wolno, to sobie ze mną wtedy nie pogada. Oczywiście odmówiłem i jeszcze udzieliłem kilku wywiadów różnym mediom, opowiadając o tym wydarzeniu. Na dodatek powiedziałem jak się w tej chwili cenzuruje. W związku z tym telewizja państwowa to zapamiętała tak skutecznie, że pamiętała nawet za czasu PO. Od 2007 roku mnie w telewizji państwowej nie ma. Zawsze się śmiałem, jak działa cenzura telewizji publicznej. Najpierw proszono o przysłanie tekstów, jak się okazywało, że jest za dużo polityki, to nagle okazywało się, że zmieniła się koncepcja programu. Jak tu teraz udowodnić, że się nie zmieniła… I teraz jak mnie ktoś pyta, czemu nie ma mnie w telewizji publicznej, odpowiadam, że teraz to zmieniła się moja koncepcja programu i ja po prostu nie pasuje do publicznej. Zdajemy sobie z tego sprawę i Pan Kurski, i ja, więc mamy święty spokój – szczerze mówiąc.
A jak trafił pan do „Szkła kontaktowego”?
– Byłem bardzo mocno „zakumplowany” z Brunem Miecugowem. On był w jury w zorganizowanym prze ze mnie w Zakopanym (1977 r.) pierwszym Festiwalu Piosenki Antyradzieckiej. To było bardzo karkołomne wydarzenie, ale przez przypadek życie uratował nam wtedy poseł Niesiołowski, podkładając bombę pod Pomnikiem Lenina w Poroninie. Całe UB pojechało wtedy do Poronina szukać sprawcy, a my w Zakopanym niczego nieświadomi kontynuowaliśmy festiwal. Zaśpiewaliśmy wtedy jakieś 18 piosenek, wygrała „Ballada o Gagarinie”. Robiliśmy w tamtych czasach takie różne dziwne rzeczy. Zaprzyjaźniliśmy się z Brunonem, przyjeżdżałem często do Krakowa, bo dostałem od Piotra Skrzyneckiego Honorowe Obywatelstwo Piwnicy Pod Baranami, i spędzałem tam praktycznie każdy wolny moment. Jak Grześ Miecugow robił „Szkło Kontaktowe”, to Bruno powiedział „bierz Krzyśka Dukszewicza, to inteligentny facet, ten ci wiochy nie narobi”. Grześ był kibicem takim jak ja, każdą wolną chwilę spędzaliśmy oglądając mecze – każdy w swoim domu – ale każda przerwa była od komentowania nawzajem tego co się wydarzyło, teraz już nie mam komu komentować.
I pytanie retoryczne. Co było inspiracją do stworzenia programu „Nareszcie w Dudapeszcie”?
– Pan Prezydent Duda i marzenie Pana Kaczyńskiego, żeby zrobić z nas drugi Budapeszt. Wyszła mi z tego ładna zbitka i tego się trzymam.
A jaki ma pan najbliższe plany artystyczne?
– Głównie koncerty, ale w tej chwili piszę trzy książki naraz – ale tak nienachalnie, tzn. jak mi się chce. To nawet nie chodzi o wenę, po prostu potrzebuję żeby mi ktoś dał kopa w tyłek, a że jeszcze się taki nie znalazł i nie czuję się kopany, w związku z tym nie pisze za szybko… ale piszę.
Dziękuję za rozmowę.




