Wywiad z Janem Englertem

Panie Janie, podobno za młodu chciał pan zostać komentatorem sportowym?

– Najpierw chciałem być reprezentantem Polski w piłce nożnej. Potem ewentualnie myślałem o komentatorstwie. W czasach mojego dzieciństwa chłopak, który nie wykazywał się sprawnością fizyczną, nie miał nic do gadania ani na podwórku, ani w szkole, ani u koleżanek czy kolegów. Poza tym nie było innych rozrywek jak sport, więc siłą rzeczy sport był jedyną szansą na odskoczenie od czegoś zwykłego, codziennego, przeciętnego. Całe moje pokolenie było bardzo wysportowane.

W wieku 13 lat został pan zatrudniony przez Andrzeja Wajdę do roli Zefirka w filmie „Kanał”. Jak to się stało?

– Przez przypadek. Ówczesny asystent Andrzeja Wajdy najbliżej miał do mojej szkoły. Przyszedł, wybrał mnie… i zagrałem.

Czy to było bodźcem do pójścia drogą aktorstwa?

– To chyba było przeznaczenie, tak musiało być. W tamtych czasach jak ktoś zagrał w filmie to z matematyki, fizyki, chemii nie pytali. No to co miałem robić? Musiałem być albo sportowcem albo aktorem. I siłą rozpędu zdawałem do szkoły aktorskiej, nawet nie próbując nigdzie indziej. Zdałem za pierwszym razem i do dziś ten wózek ciągnę.

Jak wspomina pan pierwsze lata po zdaniu dyplomu?

– W naturalny sposób czekałem aż dojrzeję „trzymając halabardę”. Poczułem jak smakuje brak sukcesów w tym zawodzie. I do dziś mam dystans do tego wszystkiego, co jest wokół tego zawodu, do blichtru, nagród, odznaczeń itp.

Których ma pan niemało.

– Trochę mam, więc mogę o tym mówić. Wszystko polega na tym, żeby znaleźć się we właściwym czasie, we właściwym miejscu i właściwym towarzystwie. Parę razy miałem to szczęście i cały dowcip polega na tym, żeby tego wygranego losu na loterii nie zmarnować.

Czy uważa pan za szczęście to, że został pan zatrudniony w obsadzie „Notesu”?

– Tak, to było szczęście, któremu troszkę pomogłem. Napisałem scenariusz filmowy i w ten sposób poznałem Antczaka i Skowrońskiego, którzy zainteresowali się mną bardziej jako scenarzystą niż aktorem. A potem już jakoś popłynęło.

Czy uważa pan, że podstawy edukacji aktorskiej są niezbędne przy wykonywaniu tego zawodu?

– Żyjemy w tej chwili w czasach dewaluacji każdego pojęcia. Teraz każdy, kto za przeproszeniem, puści bąka w telewizji jest już artystą. Amatorzy czy źli aktorzy w niczym mi nie przeszkadzają. Przeszkadza mi nobilitowanie ich na artystów. Na to miano trzeba zasłużyć, a zbyt łatwo nim szermujemy. Te etykietki przyklejamy bez ładu i składu, bez żadnych kryteriów. Zdewaluowały się wszelkie wartości, zbyt łatwo nimi szafujemy zarówno w życiu codziennym jak i w sztuce, polityce. Za łatwo operujemy hasłami, sloganami wytartymi już i zużytymi.

Uważa pan, że taki „naturszczyk” mógłby wystąpić na deskach teatru?

– W teatrze „naturszczyk” nie da rady zagrać, ponieważ teatr wymaga powtarzalności. Najbrutalniej mówiąc, jak chce się sfilmować płaczące dziecko, to najłatwiej mu przyłożyć i je sfotografować, ale trudno to robić codziennie wieczorem, tak jak gra się spektakle.

Od 35 lat jest pan wykładowcą w PWST.

– Większość aktorów, którym się powiodło, koło czterdziestki odczuwa w sobie taki impuls, żeby zrobić coś więcej niż tylko grać. Albo piszą, albo idą w politykę, albo dyrektorują, albo uczą, albo dziennikarzą, itd. Jest taka potrzeba udowodnienia sobie, że umie się coś więcej niż tylko tworzyć role. Myślę, że jest to taki niekontrolowany odruch. Zresztą obserwuję to w tej chwili u moich młodszych kolegów. Większość z nich ma gwałtowną potrzebę uczenia. Jeśli chce się uczyć, trzeba umieć nie tylko nazwać to, co się robi, ale umieć przekazać to innym, usystematyzować pewne rzeczy, nie polegać na intuicji. Dejmek mówił, że kompletny aktor gra głową, sercem, wątrobą i jajami. Pogodzenie tych czterech narządów, żeby sobie wzajemnie nie przeszkadzały, to jest jednak rzemiosło. Ja jestem fanatykiem rzemiosła. Nie tylko w tym zawodzie. Żyjemy w kraju, w którym z tysiąca artystów czasem wyrośnie jeden rzemieślnik. Normalny układ jest odwrotny.

Ma pan satysfakcję, jeżeli spod pana ręki wyjdzie dobry aktor?

– To jest tzw. kompleks Pigmaliona.

Czyli lubi pan tworzyć swoje Galatee.

To nie to, to jest jakieś takie poczucie pozostawiania po sobie czegoś trwalszego, dlatego że to nie jest w sferze materialnej tylko duchowej. To co zdobyłem od moich mistrzów, wzbogacone moim doświadczeniem, jest przekazane bezinteresownie następnym pokoleniom. Czyli jakby jest zachowanie jakiejś ciągłości irracjonalnej, transcendentalnej, nie genetycznej, nie biologicznej, tylko czegoś co się wymyka nam, z czego w ogóle wyrosła i religia, i sztuka – tzn. pewnej duchowości. Nieszczęściem sztuki jest jak się zaczyna zajmować wyłącznie ciałem, zapominając o duchu.

Para się pan reżyserką, pisze scenariusze i także felietony.

– Tak jakoś Pan Bóg umożliwiał mi próbowanie się w różnych dziedzinach. Prawdopodobnie ci, którzy za mną nie przepadają mają mi za złe to, że opanowałem zbyt wiele podwórek. Ale ja jestem gamblerem, lubię ryzyko.

Zazwyczaj opłaca się to ryzyko, które pan podejmuje?

– Zazwyczaj nie, ale na tym polega gamblerstwo. Ja jestem z tych, którzy dają panu Bogu szansę, kupuję los.

Wiem, że do każdej roli przygotowuje się pan bardzo skrupulatnie. Do roli w „Cyrografie dojrzałości” podobno nauczył się pan chodzić na rękach?

– To była przyjemność. W scenariuszu było napisane, że przez kładkę idzie się na rękach. Miałem wtedy 24 lata i miałem korzystać z kaskadera? Nauczyłem się i nie był to żaden wyczyn ani wysiłek. Byłem bardzo sprawny fizycznie, zajęło mi to tydzień. Trochę z tego korzystam do dziś. Jeszcze w wieku sześćdziesięciu paru lat, w sztuce „Szkoła żon” spadałem na głowę ze schodów. W związku z tym trochę mnie ta głowa teraz boli, ale nie miałem świadomości upływu czasu. Troszkę w ostatnim czasie zacząłem odczuwać pewne dolegliwości. Blacha i lakier w porządku… ale jakieś podzespoły wymagają remontu.

Jest pan propagatorem i zwolennikiem klasyków polskich…

– Nie, w ogóle jestem zwolennikiem klasyki. Bardzo często dostaję pytania czy jest sens grania współcześnie np. Fredry. Odpowiadam na to tak: jeżeli Szekspira, Moliera, Fredrę gra się permanentnie przez kilkaset lat to znaczy, że są permanentnie współcześni, że wygrali z czasem, że ciągle mają oddźwięk u publiczności. Oczywiście zmienia się konwencja, umowa z publicznością na zrozumienie tego dzieła, ale w tej chwili, z czego niewiele osób sobie zdaje sprawę, to publiczność wraca do klasyki. Wszystkie tytuły klasyczne u mnie w teatrze mają obłożenie ponad stuprocentowe. To o czymś świadczy. Jest to chyba tęsknota za jakimś porządkiem, rzeczywistym światem, nie wirtualnym, światem, w którym się uczestniczy. Być może tęsknota za pewną hierarchią, kryteriami, którymi się klasyka posługuje. I chyba tęsknota za słowem, którego coraz mniej używamy i coraz głupiej. Posługujemy się w tej chwili wyrazami. Słowo to jest wyinterpretowany wyraz. Wyraz ma tylko znaczenie. A słowo nadaje temu wyrazowi wiele znaczeń. Być może za tym jest tęsknota. Przyczyn jest pewnie więcej, ale nie czas i miejsce, żeby się tym zajmować.

Czy sprawiło panu satysfakcję otrzymanie w 2001 roku tytułu Honorowego Profesora Rosyjskiej Akademii Sztuki Teatralnej w Moskwie?

– Tak naprawdę to było tak, że były Dni Kultury Polskiej w Moskwie i okazało się, że ja jako rektor Akademii Teatralnej byłem najwyższym funkcją przedstawicielem polskiej delegacji na tych obchodach. Coś mi mieli dać, nie wiedzieli co, to mi dali ten tytuł. Jak mi go dawali to zapytałem czy uprawnia mnie on do przechodzenia na czerwonym świetle. Okazało się, że w ogóle do niczego nie uprawnia. To tylko taki gest, że tak powiem, pocieszenia. Zresztą mam taki a nie inny stosunek do wszelkich odznaczeń czy nagród, byłem parę razy w jury, wiem jak to funkcjonuje.

Czy uważa pan, że aktorzy, którzy rozmieniają się na drobne, uczestniczą w różnych show, czynią słusznie?

– To jest ich sprawa. Każdy robi co chce i ja nie krytykuję nikogo. Tylko jako dyrektor teatru mam pretensje jeśli to ma wpływ na jakość pracy w teatrze. Natomiast jak ktoś chce łatwo zarabiać duże pieniądze – bo to na tym głównie polega, to całe chrzanienie o rozwijaniu warsztatu wyrzućmy do kosza i te alibi wymyślane na własną słabość – to niech zarabia. Coś na ten temat wiem, bo jestem jednym z nielicznych, który odrzucił bardzo wysoka ofertę reklamową. Nie dlatego, że taki dzielny jestem, tylko dlatego, że mi nie wypada jako dyrektorowi Teatru Narodowego, a wcześniej jako rektorowi też mi nie wypadało. Więc siłą rzeczy wypadłem z tej karuzeli zarobkowej. Ale ja jestem nietypowy, bo jeśli to co zarabiam wystarcza na godziwe życie, to nie mam żadnej potrzeby inwestowania. Więc mało twórczy jestem.

Czy teatr sprzed 30 lat można porównać z teatrem dzisiejszym?

– Nie da się porównywać tych dwóch teatrów. To jest ciągłość. W sztuce, podobnie i w teatrze nie ma rewolucji. W sztuce jest ewolucja. Raz ta ewolucja przyśpiesza raz zwalnia, ale to jest ciągłość. Teatr jest jedynym gatunkiem sztuki, który funkcjonuje tylko w czasie teraźniejszym. Wyłącznie. Teatr sprzed 30 lat ożywiony i pokazany dziś publiczności byłby prawdopodobnie przez nią nieprzyjęty. To jest przecież umowa między wykonawcą i odbiorcą. Mało tego, jest to jedyna sztuka, w której odbiorca jest współtwórcą. Na tym polega siła i słabość zawodu, który uprawiamy, ale i fantastyczność. Dlaczego aktorzy trzymają się teatru, mimo iż za jeden dzień zdjęciowy zarabiają tyle ile w teatrze miesięcznie? Dlatego, że tylko w teatrze mają to poczucie więzi z widzem i autentycznego, natychmiastowego sprawdzianu własnych umiejętności. To samo przedstawienie grane co wieczór nigdy nie ma tej samej jakości. Nie dlatego, że aktorzy gorzej grają. Publiczność gorzej odbiera. Publiczność nie współtworzy. Publiczność jest współtwórcą spektaklu. I to jest frajda wziąć dwudziestosekundowy oddech i czuć, że sala razem ze mną trzyma ów oddech.

Czy w dalszym ciągu pan uważa, że aktor jest bardziej błaznem niż prorokiem?

– Ani jednym ani drugim nie jest w pełni. Oczywiście są błazny i są prorocy. Jeżeli ktoś cały czas nosi na czole misję do wypełnienia, to już dla mnie jest podejrzany. Co to znaczy misja? Owszem można ją wypełniać, ale przez porządną robotę, a nie od razu jakieś hasła, etc. Zostawmy to politykom. Trzeba robić swoje najlepiej jak się umie i tyle. Oczywiście i aktorzy dzielą się na tych co tylko zjadają chleb i tych, którzy dzielą się nim z innymi, czyli mają potrzebę realizowania się nie tylko poprzez własne sukcesy, ale poprzez sukces zespołowy, środowiska czy jakieś idee. Natomiast jak już zaczynają o tym mówić, to znaczy, że już jest podejrzana sprawa. Należy po prostu uczciwie wykonywać swój zawód. Każdy zawód. Jak u mnie moi maszyniści czy elektrycy mówią, że źle pracują, bo są źle opłacani, to nie mam ochoty – i możliwości co prawda – ich wynagradzać. Ale jak pracują fantastycznie i są niedopłacani, to mnie to boli. Niestety ciągle nie możemy się wyzwolić z poprzedniego reżimu, że jak ja mam papierek na coś, to mi się należy tyle samo, co mojemu koledze, który lepiej ode mnie pracuje, ale ma taki sam papierek jak ja. Otóż za papierek się nie płaci. My ciągle się domagamy po skończonych studiach zapewnienia pracy w swoim zawodzie. Nigdzie tak nie jest powiedziane. Ci lepsi, ci bardziej zaradni może to osiągną. I oni zostają, inni zaczynają się zajmować innymi rzeczami, tak było, jest i będzie zawsze. Domaganie się równości, to tylko zawracanie głowy. Nie ma czegoś takiego i być nie może. Muszą być lepsi, gorsi, mądrzejsi, głupsi, itd. Pułapką demokracji jest to, i w zawodzie naszym również, że więcej jest niezadowolonych niż zadowolonych, że więcej jest średnio inteligentnych niż bardzo inteligentnych. A w demokracji decyduje większość.

Które rzemiosło według pana jest trudniejsze – reżyseria filmowa, czy teatralna?

– To są dwa różne zawody. Ja potrafię „filmować” teatr. Ale czy umiałbym zrobić film fabularny? Nie sądzę. A jeszcze przy dzisiejszych możliwościach technicznych, to już w ogóle tego nie ogarniam. Dla mnie problemem jest otworzyć internet, a co dopiero zrobić film. Nie potrafię tego i nie lubię, mało tego, mam poczucie, że jestem osaczony przez wirtualny świat.

Czy uważa pan, że jeżdżenie ze sztukami po małych ośrodkach jest swoistym niesieniem kaganka ukulturalnienia?

– To jest bardzo szczytna idea pod jednym warunkiem, że ktoś na nas czeka. Dopóki jest publiczność, która chce zobaczyć przedstawienie, a nie zwiedzić aktora, to ma to sens. Powiedzmy sobie szczerze, że większość publiczności zwiedza aktorów znanych z telewizji. Pierwsze pytanie w kasie to kto gra. Co i kto reżyserował, to już w ogóle nikogo nie obchodzi. I jak znają z telewizji, to chętnie idą. Oczywiście zdarza się, że ci którzy przychodzą zwiedzić aktora zarażają się teatrem. Tak zawsze było. A najgorszą rzeczą to jest zmuszać do teatru. Nie należy nikogo zmuszać do wysokiej kultury. Nie przepadam za kabaretonami, jak widzę w telewizji co robią moi koledzy, to mi czasami szczęka opada, że ludzie się z tego śmieją, bo mnie to nie śmieszy. Ale to nie znaczy, że ja mam rację. Widz ma zawsze rację. W teatrze i wszędzie w zawodach publicznych widz ma zawsze rację.

Dziękuję za rozmowę.

wywiad_z_janem_englertem10

wywiad_z_janem_englertem16 wywiad_z_janem_englertem11 wywiad_z_janem_englertem12 wywiad_z_janem_englertem13 wywiad_z_janem_englertem14 wywiad_z_janem_englertem15

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *