Długo nie wiedziałem jak Solejuk ma na imię

Z Sylwestrem Maciejewskim – aktorem, Solejukiem z serialu „Ranczo” rozmawia Marek Mostowski.

Jak się do pana zwracać: panie Macieju czy panie Sylwestrze?

– A jak panu wygodniej… ludzie, którzy dłużej mnie znają, mówią do mnie „Maciek” inni „Sylwester”. Imię musiałem zmienić, obecnie używam swojego drugiego imienia.

Czy zmiana wynikała z brzmienia Maciej Maciejewski?

– Nie, ja bym z miłą chęcią został przy Macieju Maciejewskim, ale jest aktor o tym samym imieniu i nazwisku, ma obecnie 101 lat. Kiedy ja wyszedłem ze szkoły teatralnej i zaczynałem grać w teatrze (1978) moje imię i nazwisko pojawiło się na afiszu Kabaretu Sakr, który miał siedzibę w starym Bristolu, on to zauważył i wystąpił z taką półprywatną prośbą, czy ze względu na zbieżność, mógłbym coś ze swoim imieniem i nazwiskiem zrobić. Postanowiłem wtedy wziąć moje drugie imię i tak już zostało. Całe szczęście, że jestem dwuimienny i nie było z tym większego problemu. Gdybym miał jedno imię, coś by trzeba było innego wymyślić.

Czy już w szkole średniej myślał pan, żeby swoją przyszłość związać z aktorstwem?

– Raczej był to przypadek… co prawda już od drugiej klasy szkoły podstawowej brałem udział w akademiach. Pani od śpiewu zauważyła, że mam słuch i już potrafię śpiewać, więc na każdym apelu musiałem coś odśpiewać. Należałem do chóru szkolnego, do zespołu muzycznego, gdzie byłem solistą. W szkole średniej polonistka wysyłała mnie na konkursy recytatorskie. W czwartej klasie zachorowałem i wtedy odwiedził mnie kuzyn. Zaczęliśmy rozmowę na temat studiów. Powiedziałem, że myślę o prawie. On zapytał mnie wtedy, czy nie chciałbym zdawać do szkoły teatralnej. Powiedział: coś tam zaśpiewasz, zatańczysz… i już. Tak mi to wlazło do łba, że zacząłem o tym myśleć i dowiadywać jak to wygląda. Nie było wtedy internetu, więc trochę mi to czasu zajęło. No i udało się za pierwszym razem.

Kiedy rozpoczęła się pana przygoda z kabaretem?

– Kiedy dostałem pierwszą pracę w Teatrze Komedia w Warszawie pod dyrekcją Olgi Lipińskiej, wtedy Janusz Rewiński mnie wciągnął do tego kabaretu i trwało to jakieś dwa sezony. Później dalej śpiewałem, tańczyłem. Ze względu na to, że dyrektor Lipińska robiła przeważnie przedstawienia muzyczne, teatr przekształcił się w muzyczny. Zdarzyło mi się zagrać również w dwóch przedstawieniach mówionych, to był „Król Czwarty” Grochowiaka i „Dożywocie” Fredry.

Z seriali najmilsze, najdroższe „Ranczo”?

– Tak, to już 10 lat… ale to już zakończyliśmy, na dzień dzisiejszy koniec, ale kto wie może…. wszystko się może zdarzyć.

Jak zaczęła się przygoda z Solejukiem?

– Zadzwoniła do mnie Ewa Andrzejewska – drugi reżyser i zaproponowała mi rolę tego Solejuka, mówiła, że to taka niewielka rola, kilka dni. Przyjąłem z miłą chęcią. Nie było castingu, zdjęć próbnych.

I to był strzał w dziesiątkę.

– Okazało się, że tak.

Czy na co dzień jest pan nazywany Solejukiem?

– Notorycznie i nagminnie… Podejrzewam, że nie wszyscy znają moje prawdziwe nazwisko, ale znają twarz i nazwisko mojej postaci serialowej.

Jakby nie było Maciej…

– Tak, długo nie wiedziałem jak ten bohater ma na imię… ale faktycznie ludzie utożsamiają mnie z postacią, proponują nawet, żeby się z nimi napić. Ja już niestety nie używam alkoholu, już pesel nie ten, a poza tym dużo jestem w pracy. Czas alkoholowy już przeszedł…

Można powiedzieć, że jest pan mistrzem drugiego planu.

– Ja na to nie narzekam, ważne że biorę udział w kolejnych przedsięwzięciach, bo dla aktora najgorsze jest bezrobocie. To jest koszmar. Człowiek wtedy ma poczucie, że jest beznadziejny, źle się wykształcił, źle wybrał. Miałem takie momenty, kiedy szukałem innego zawodu, głównie brałem się za jakieś handle, ale wierzyłem, że jest to moment przejściowy i kiedyś się skończy. Tak też się stało.

Ranczo to chyba serial, przy którym najdłużej pan pracował?

– Tak, był jeszcze serial „Plebania”, może w mniejszej ilości godzin zdjęciowych, ale też trochę to trwało.

Wielu ludzi żałuje, że ten serial się skończył.

– Wie pan, ludzie na takie seriale patrzą tak jakby na siebie patrzyli, oglądając inne seriale jak np. „Pierwsza miłość”, „Na Wspólnej” tam rzeczywistość jest trochę oszukana, chodzi o ten cały anturaż. Młodzi ludzie ledwo co wchodzą w życie, a już mieszkają w pięknych mieszkaniach. Ma się to nijak do rzeczywistości. W Ranczu ludzie widzieli prozę życia codziennego, problemy, ten nasz kraj trochę w krzywym zwierciadle. To było śmieszne, momentami nawet bardzo, ale było prawdziwe. Może to sprawiło, że ten serial miał taką oglądalność.

Czy te 10 lat przy „Ranczu” miało wpływ na przyjaźnie również poza planem?

– Nie do końca, każdy ma swoje sprawy, rodzinę. Natomiast na planie było zawsze miło, każdy opowiadał, co mu się przydarzyło. Muszę panu powiedzieć, że bardzo się zaprzyjaźniłem z Bogdanem Kalusem – Hadziukiem, do tego stopnia, że mamy samochody tej samej marki, w tym samym miejscu kupowane… (śmiech). A tak poważnie, robimy razem kabaret.

Teraz pytanie o wzorce aktorskie, mentorów – jeszcze z czasów szkoły.

– Na pierwszym roku uczył mnie Tadeusz Łomnicki, na drugim Jan Świderski, Ludwik René. Dyplomy muzyczne robił ze mną Wojtek Pokora i nieżyjący już Andrzej Szczepkowski. W Teatrze Powszechnym zauważyłem pewien mankament, jak z kimś prowadziłem dialog nie byłem autentyczny, ale tam miałem się na kim wzorować, to były najlepsze czasy dla Teatru Powszechnego…, tam był Janusz Gajos, Gustaw Lutkiewicz, Władysław Kowalski, Kazimierz Kaczor. Koledzy byli na tyle wspaniali, że grając wielkie role interesowali się tymi mniejszymi, jak sobie radzą młodsi koledzy, żeby nie psuć przedstawienia. Podpowiadali, a ja wyciągałem z tego wnioski. To była dla mnie wielka nauka, czas zbawienny dla mojego zawodu, że ja mogłem takich ludzi podglądać. Nie każdy miał taką możliwość.

Miał pan kilka lat chudszych. Po „Ranczu” to się zmieniło?

– Propozycji filmowych nie ma, producenci mówią, że za bardzo kojarzę się z Ranczem, ale cały czas gram w teatrze. Na brak pracy nie narzekam.

No właśnie, na brak pracy pan nie narzeka, a jak ma się to do spraw prywatnych – rodzinnych?

– Od poniedziałku do środy, czwartku jestem w domu, a na weekendy ruszam do pracy. Wszyscy odpoczywają, a ja pracuję.

Jesień życia chciał pan spędzić na starych śmieciach, w „starej” góralskiej chatce. Chatka już stoi?

– Stoi. Może nie stara. Chciałem postawić starą, ale mi się nie udało. Jest drewniana, z bali. Moje „stare śmieci” to okolice Mszczonowa, to jest na południe od Warszawy. A moja chatka stoi na północ, ok 60 km, od Warszawy. Dokładnie Gmina Janic, wieś Królewo – dawne tereny łowieckie Króla Sobieskiego, w lesie nad rzeką – bardzo przyjemne miejsce.

Już piąty raz bierze pan udział w Festiwalu Teatrów Rodzinnych w Pile. Jak pan ocenia pomysł powstania tego typu festiwalu?

– To jest bardzo dobry pomysł, dla ludzi którzy mieszkają z dala od ośrodków teatralnych – stąd najbliżej chyba do Poznania – to jest fantastyczny pomysł, żeby teatr zaprosić do siebie. Do Was przyjeżdżają teatry, macie szanse zobaczyć to, co zostało stworzone, nowości. Przybliża się ludziom teatr. W przeciwieństwie do innych miast w Pile jest wspaniała publiczność. Ludzie lubią ten rodzaj sztuki i chcą w tym wszystkim uczestniczyć. To jest fantastyczne.

Zbliża się okres świąt Bożego Narodzenia, chyba najbardziej rodzinnych świąt. Jak pan spędza ten czas? Jest pan tradycjonalistą?

– Tak, tak zostałem wychowany. Trzeba będzie to wszystko, co się przygotuje wywieźć tam na wieś. Tam jest kominek, można będzie miło spędzić święta z całą rodziną.

Czego panu życzyć?

– Trochę roboty…

Dziękuję za rozmowę i życzę nawału pracy.

wywiad_z_macjiejewskim01

wywiad_z_macjiejewskim02 wywiad_z_macjiejewskim03 wywiad_z_macjiejewskim04 wywiad_z_macjiejewskim05