Wywiad z profesorem Romualdem Gardziewiczem | Tętno Regionu. Wiadomości pilskie, z rejonu pilskiego

Wywiad z profesorem Romualdem Gardziewiczem

W pilskim ogólniaku przy Pola był jednym z najbardziej lubianych profesorów, ba, najukochańszych! Uczył WF-u, ale czasami i innych przedmiotów. Wszystko robił z pasją i wielkim zaangażowaniem, które przelewał na swoich wychowanków. Spod jego niekiedy twardej, ale zarazem ojcowskiej ręki wyszło wielu klasowych sportowców, a przede wszystkim porządnych ludzi. Nieraz potrafił dać mocno w kość, ale nigdy nikogo nie skrzywdził. Gdy wymawiano „BALON” – nadany mu kiedyś pseudonim – czyniono to w sposób ciepły, bez cienia złośliwości. Profesor Romuald Gardziewicz – bo o nim mowa – jest od wielu lat na emeryturze, pomału zbliża się do 90-tki, ale nadal jest takim samym przesympatycznym, uśmiechniętym i otwartym na bliźniego człowiekiem!

Z Romualdem Gardziewiczem, wieloletnim nauczycielem wychowania fizycznego w Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Skłodowskiej-Curie w Pile oraz trenerem rozmawia wychowanek profesora – Marek Mostowski.

Panie profesorze, zacznijmy od genezy, od pana pochodzenia. Skąd pan pochodzi?

- Urodziłem się w Wilnie, ochrzczony byłem w Ostrej Bramie, mam jeszcze metrykę w oryginale. Tam mieszkaliśmy. Jak miałem 4 lata, ojciec dostał pracę w Banku Polskim, jako woźny. Mieszkaliśmy przy ulicy Giedymina, dawniej to była ulica Mickiewicza, dosłownie w trzecim budynku od Katedry. Do szkoły posłali mnie rok wcześniej, była to Szkoła nr 24, przy ulicy Wileńskiej, naprzeciwko skweru z popiersiem Moniuszki. Szkoła mieściła się w budynku mieszkalnym z dużym dziedzińcem, na który nawet nie wychodziliśmy. Nie było WF-u, tylko w czerwcu był organizowany jeden dzień, kiedy mieliśmy okazję pohasać, to była frajda dla dzieciaków. Szkołę sześcioletnią skończyłem w 1941 roku, a po dwóch latach zaproponowano mi naukę w gimnazjum. Tam nauczyłem się naprawdę uczyć. Było nas ośmiu, czasami siedmiu w grupie, więc byłem pytany prawie na każdej lekcji. Byłem ambitny, musiałem od razu pytać, wyjaśniać to czego nie wiedziałem. Koleżanki i koledzy mieszkali na różnych ulicach Wilna, zresztą były to jeszcze większe tumany ode mnie. Zawsze podnosiłem łapę do góry i pytałem, pytałem. Później wystarczyło to tylko utrwalić. Ten pierwszy rok ukończyłem na samych piątkach. W 1944 roku stosowałem tą samą metodę. Po wypędzeniu Niemców, w Wilnie powstały dwa Gimnazja, jedno męskie, a drugie żeńskie. Klasy liczyły po 60 uczniów, nauka odbywała się na dwie zmiany. Budynek był stary, przed wojną było tam gimnazjum białoruskie. Sale nie były duże, ale za to mieliśmy fantastycznych profesorów. Wilno to miasto uniwersyteckie, więc kiepski nauczyciel by się tam nie utrzymał. Matematyki, jednego z moich ulubionych przedmiotów uczył mnie prof. Jeśmanowicz. Wtedy każdego nazywali profesorem. Kilkanaście lat po wojnie, w ogólniaku uczył mnie Bułkowski. Mówił: – chłopcy uczcie się stenografii, bo podręczniki są bardzo drogie, nie będzie was na nie stać. Z jednym z polonistów spotkałam się później na AWF-ie – był wtedy profesorem psychologii – jak byłem na trzecim roku i pisałem u niego pracę dyplomową.

Wróćmy do czasów ogólniaka… cały czas mieszkał pan w Wilnie?

- W grudniu 1945 roku dostaliśmy miejsce w transporcie 53, chociaż obiecywali, że będzie to we wrześniu. Tak długo czekaliśmy, aż dopadła nas zima. Wyjechaliśmy, na Boże Narodzenie przyjechaliśmy do Bydgoszczy, w nocy z 26/27 grudnia wyjechaliśmy do Piły. W Pile staliśmy półtora dnia i jechaliśmy dalej do Szczecina. Na Sylwestra zatrzymaliśmy się w Niebuszewie. Wyszliśmy z dworca, mieszkania były puste, tylko pozamykane. Pracy nie było, jedzenie było trzy razy droższe niż w Pile. Nie było ogrzewania. Ale jeździły już tramwaje. Utrzymywaliśmy się z PUR-u. Ojciec miał w karcie ewakuacyjnej zapis dokąd mieliśmy skierowanie – był to Gdańsk. Wyprosiliśmy, żeby jechać przez Piłę. Tu życie było tańsze, mieszkania też były, chociaż centrum miasta było wypalone. Znaleźliśmy mieszkanie na rogu Dąbrowskiego/ Śniadeckich. Mieliśmy do dyspozycji cały parter od strony rzeki – trzy pokoje, kuchnia, łazienka.

Miał Pan trójkę rodzeństwa?

- Tak. Starszą siostrę i dwóch młodszych braci. Brat niestety zmarł dwa lata temu, a był bardzo dobrym sportsmenem. Grał w piłkę ręczną w Wybrzeżu Gdańsk, był w pierwszym składzie. Uprawiał także gimnastykę. Pracował w Stoczni Północnej.

Wróćmy do czasów przyjazdu do Piły…

- Tata pracował w Wałczu, w banku. Mieliśmy kawałek pola, kurki, świnkę i dwie kozy. Maturę zdałem w Ogólniaku w 1949 roku. Po maturze rok czasu pracowałem w Pogotowiu. Później dostałem się na AWF. Sprawny byłem, więc dostałem się bez żadnych problemów.

Skąd pomysł, żeby właśnie iść na AWF? Mówił pan, że myślał wcześniej o medycynie.

- Planowałem po pierwszym roku przenieść się na medycynę. Miałem dwóch kolegów, którzy jednocześnie studiowali te dwa kierunki. Dużo przedmiotów było wspólnych: fizyka, chemia, anatomia, psychologia… Ciężko było, człowiek żył na zupce i na chlebku, a na WF-ie byliśmy przemęczeni. Po pływalni, jak człowiek wyszedł z wody to nogi się uginały. Aby nabrać sił, po drodze na uczelnię, w barze mlecznym wypijało się szklankę mleka, a na wykładzie oczy się same zamykały.

Bez większych problemów ukończył pan ten etap edukacji.

- Tak, po skończeniu uczelni otrzymałem nakaz pracy. Była komisja – najpierw żonaci, a później osoby z dobrymi wynikami w nauce. Ja byłem jako jeden z pierwszych, z uwagi na dobre wyniki w nauce. Dostałem nakaz pracy w Liceum Pedagogicznym w Szczecinku. Straszyli, że tam są duże wymagania, że lepiej do technikum budowlanego w Szczecinie. Tam też zostałem przyjęty. Po studiach pojechaliśmy na miesięczny obóz wojskowy. Po powrocie pojechałem po nakaz pracy i okazało się, że zamiast Szczecina jest Łódź. Nie chciałem tam jechać, bo za daleko od domu. Jednak wziąłem ten nakaz, bo się wystraszyłem i pojechałem do Łodzi. To było w centrum Łodzi, budynek mieszkalny przerobiony na klasy, całkowicie zapchany. Nie było boiska. Pracowałem tam ponad miesiąc czasu, na zajęcia trzeba było przez lasek chodzić ok. 1,5 km, tam był plac i dwie bramki stały. Chodziłem z każdą klasą na dwie godziny lekcyjne. Musiałem zjeść najtańsze dwa obiady, żeby czuć, że coś zjadłem. Po miesiącu buty zdarłem i prawie całą pensję przejadłem. Wraz z nakazem pracy, miałem otrzymać mieszkanie. Tego mieszkania nie było, więc przygarnęła mnie do siebie nauczycielka rosyjskiego. Miała duże mieszkanie. Miałem tam mieszkać dopóki nie dostanę mieszkania z przydziału. Do Zarządu Szkół napisałem pismo o zwolnienie z nakazu pracy. W międzyczasie wymówiono mi ten pokój u rusycystki. Wtedy poszedłem do pracy z walizką i powiedziałem, że nie mam gdzie spać, więc wracam do domu. I tak wróciłem do Piły. Poszedłem do szkoły, okazało się, że jest miejsce dla nauczyciela. Zarząd Szkół Budowlanych dowiedział się gdzie jestem i nakazał zwolnienie mnie. Dyrektor chciał mnie zwolnić, bał się, że nie może mnie zatrudniać bez nakazu. Zatem, żeby go uspokoić, powiedziałem, że będę pracował bez wynagrodzenia. W międzyczasie napisałem do Rady Państwa, opisałem całą sytuację i poprosiłem, żeby zmienili mi miejsce pracy. Po tygodniu przyszło pismo, że miejsce pracy zostało zmienione. Kuratorium pozwoliło na pracę w szkole. Była to szkoła tzw. jedenastolatka. Pojedyncze klasy od 1- 11. Zacząłem uczyć od klasy 5. Brałem też udział w odbudowywaniu szkoły. Przez pierwsze lata LO mieściło się w gmachu Gastronomika, dopiero po odbudowaniu budynku na Pola, szkoła została przeniesiona. Na początku była to szkoła męska, później dostosowano ją również dla dziewcząt.

Rozpoczynając pracę w LO, postawił sobie pan jakiś cel? Miał pan nietuzinkowe podejście do wychowywania uczniów.

- Zasadniczo trzymałem się programu nauczania, nie potrafiłem jednak stać i patrzeć. Musiałem ćwiczyć z młodzieżą. Prowadziłem rozgrzewkę, ponosiło mnie, pokazywałem ćwiczenia. Uczniowie byli za mną, imponowałem im. Byłem ambitny, zawsze starałem się wygrywać.

Ukierunkował się Pan na lekkoatletykę.

- Początkowo graliśmy w siatkę, zdobyliśmy w 1958/1959 roku Mistrzostwo Województwa Szkół. Przegrywaliśmy tylko z Poznaniem. Jednak doszedłem do wniosku, że w grach zespołowych ciężko jest osiągnąć sukcesy w małych szkołach. Indywidualnie można osiągnąć więcej. Dlatego nastawiłem się na lekkoatletykę. Już wcześniej interesowałem się królową sportu, zbierałem literaturę i uczyłem się. Miałem oko, patrzyłem jak najlepsi wykonywali ćwiczenia i ich wychwytywałem. Pokazywałem wszystko, położyłem nacisk na porządną rozgrzewkę. We wrześniu/październiku robiłem sprawdzian, wszyscy biegali na 60, 100 i 1000 m, skakali w dal, rzucali piłeczką i pchali kulą, podciągali się na linach. Robiłem to, żeby wiedzieć z kim mam do czynienia. Prowadziłem własne notatki, w jakiej klasie jaki jest progres. Starałem się o sprzęt, żeby było można prowadzić ćwiczenia z prawdziwego zdarzenia. Dbałem o boisko… Na koniec roku robiłem tabelę najlepszych. Młodzież starała się, żeby zostać wyróżnioną. To była bardzo istotna motywacja.

Ile czasu pracował pan w pilskim Ogólniaku?

- Na emeryturę poszedłem w 1985 roku. Wtedy nauczyciel jak odchodził na emeryturę, dostawał 85% wynagrodzenia, więc rachunek był prosty. Przeszedłem wtedy do Ogólniaka w Chodzieży, gdzie zostałem nauczycielem PO.

Ile lat pracował pan w Chodzieży?

- Pracowałem jeszcze przez 12 lat, jednak nie był to cały etat. To był rok 1997, miałem wtedy 67 lat. Przez ten czas pomagałem finansowo wnukom, bo wiedziałem jak ciężko jest jednocześnie studiować i pracować. Najstarsza wnuczka skończyła geologię, pracowała i mieszkała w Warszawie. Obecnie ma dwie córki.

Kogo pan najmilej wspomina ze swoich wychowanków?

- Oj…od najstarszych zaczynając, Kosikowskiego – chłopak ze wsi Kotuń, bardzo grzeczny sympatyczny. Dwóję w pierwszej klasie mu postawiłem… bo spodenek nie miał. Matka przyszła z pretensjami… Do dzisiaj jak spotykam się ze swoimi uczniami, jest bardzo sympatycznie.

Wie pan jaki miał pan pseudonim i skąd to się wzięło?

- Kiedyś podczas egzaminu poprawkowego, przymrużyłem oko i pozwoliłem uczniowi Olechnowiczowi na ściąganie. On był takim cwaniaczkiem. I może sobie pomyślał, jaki ze mnie frajer, taki balon. Jest jeszcze inna wersja, o której opowiedział mi mój wychowanek, Leszek Zieliński – obecnie prezes pilskiego TKKF-u. Podobno jak się zdenerwowałem postawą ucznia, zamiast siarczyście zakląć, nabierałem powietrza i z policzków tworzył się balon, z którego wypuszczałem powietrze wraz ze zdenerwowaniem. Któraś z wersji jest prawdziwa. A może i obie.

Panie profesorze, dziękuję serdecznie za przesympatyczną rozmowę i życzę długich lat w zdrowiu oraz pogodzie ducha.

wywiad_z_gardziewiczem00

wywiad_z_gardziewiczem06 wywiad_z_gardziewiczem01 wywiad_z_gardziewiczem02 wywiad_z_gardziewiczem03 wywiad_z_gardziewiczem04 wywiad_z_gardziewiczem05